czwartek, 12 listopada 2009

Dziękujemy za 1 %



Z całego serca dziękujemy absolutnie wszystkim, którzy oddali 1 % swojego podatku na pomoc Byśkowi




Wczoraj na subkonto Krzysia wpłynęły wreszcie, bardzo wyczekiwane przez nas pieniążki, które podatnicy za 2008 przekazali na pomoc w leczeniu i rehabilitacji Krzysia.
Wiem, że może dziwić niektórych, że tak późno docierają do potrzebujących dzieciaków pieniądze, które trzeba było rozliczyć najpóźniej 30 kwietnia 2009 roku...

Fakt. Pół roku, to szmat czasu, ale Urzędy Skarbowe mogły kasę z 1% przetrzymywać do 30 września. A jak już na konta Fundacji pieniążki dotarły, to tam musieli je zaksięgować konkretnemu dzieciaczkowi... a w "Zdążyć z Pomocą" jest obecnie ponad 8 tysięcy dzieci. Stąd takie opóźnienie.
Jednak najważniejsze, że pieniądze zaksięgowano.

Bardzo żałuję, że nie wiem komu konkretnie powinnam dziękować.
Fundacja przekazała nam tylko kwoty wpłat, nie mamy informacji od kogo są wpłaty, z jakiego US, ani nawet z jakiego miasta.... Smutno, bo chciałabym Wam powiedzieć, że jesteśmy bardzo wdzięczni za każdą przekazaną złotówkę i chciałoby się podziękować każdemu osobiście.

Szczególnie gorąco dziękuję tym, którzy nas nie znają osobiście i nie wiedzą jaki jest Bysiek "na żywo". Cieszę się, że poruszyła Was jego historia i życie takie prawie normalne, tylko z "gratisem", jakim jest RKiW....


Bysiek usiłował sam podziękować, ale nie wiem, czy będzie to słyszalne.... ;)




Wszystkim naszym darczyńcom przesyłamy moc całusów wirtualnych i tak jak pisałam, żałujemy, że osobiście nie możemy tego zrobić... (pomijamy oczywiście fakt, że teraz grypa panuje).

piątek, 6 listopada 2009

Chodzenie boli?

Zdarza się Byśkowi czasem, a ostatnio to nawet częściej, że nie chce chodzić...
np. jak wysiadamy z samochodu, albo z rehabilitacji wychodzimy, prosi mnie, a właściwie to wymusza, żebym go wzięła na ręce.

Zawsze w takich momentach próbuję zorientować się, czy nie chce mu się iść i z wygodnictwa na ręce ciągnie, czy wręcz odwrotnie, dlatego, że coś jest nie tak... jednak generalnie stawiam opór, bo chcę żeby chodził sam... skoro potrafi.
Czasem go tym oporem rozpędzę i jednak idzie, zapominając o rękach, a czasem marudzi uparcie, aż ja skapituluję, albo kładzie się na chodniku jak długi i wyje rozpaczając, że "boli"....
Co boli? - "nóska", gdzie boli? - "o tu" i wskazuje najczęściej na stopy lub łydki, w których czucia nie ma.
I chyba zmyśla, bo nie dość, że wskazuje na te nogi bez czucia, to w dodatku pokazuje różne miejsca.
Ale we mnie i tak gdzieś tam, pozostaje wtedy obawa.... bo dlaczego nie chce iść, skoro lubi i potrafi? A może jednak jakieś to czucie, gdzieś tam jest i właśnie objawia się boląc?

Na ćwiczeniach nie boli, nawet mocno przyciskane, żeby rozluźnić.... nie boli też podczas wariactw uprawianych z Olą.... boli kiedy mu pasuje (chyba).
Może on się nauczył, że jego może boleć i wszyscy będą wtedy skakać tak jak on zechce?
Tak sobie rozmyślam właśnie.
Bo dzisiaj sytuacja taka się powtórzyła i z chodnika musiałam go podnosić. Powiedział, że boli od chodzenia, a wcześniej nie chodził wcale, bo dopiero go w ortezy wsadziłam.
Sama nie wiem.

Kilka dni temu, wysiadłam z samochodu i Bysiek do mnie, żebym go na rączki wzięła. Więc wzięłam (chyba humor miałam lepszy), nawet nie walcząc i nie rozpoczynając wywodu na temat tego, że potrafi chodzić, więc powinien to robić.
I dostałam nagrodę, za to że go na te ręce wzięłam ... i to niezłą:


Bysiek - "Dziękuję mamusiu, że mnie wzięłaś...."
mama - "Oj Byśku, nie ma sprawy"
Bysiek - "Kocham Ciebie...."
mama - "Ja Ciebie też kocham Bysiu"
Bysiek - "..... i dzisiaj nie powiem Ci bzydko...., ze gupia jesteś...."

Ot i nagroda i cały Bysiek.
Lepszy od Olki pod tym względem jest, jak słowo daję. On po prostu ma od kogo czerpać różnorakie słownictwo i hasła przemądrzałe.
Standardem już u nas jest "nigdy w zyciu!".... i to niezależnie o co chodzi.



Takie dwie śliczne fotki Bysiolowe mam, podczas żeru....






wtorek, 3 listopada 2009

Przymiarka kombinezonu TheraTogs

Był dzisiaj w naszym ośrodku rehabilitacyjnym pokaz amerykańskiego wynalazku o nazwie TheraTogs.
Jest to jakby kombinezon, który składa się z kamizelki i spodenek, oraz dodatkowych taśm i rzepów, które odpowiednio założone przez rehabilitanta, mają tak stymulować ciało, żeby lepiej pracowały mięśnie, które normalnie tego nie robią.
Oczywiście nie u zdrowej osoby, tylko u ludzi z jakimś tam problemem.

Wrzucę trochę reklamującego opisu.... (prawie jak w TV Markecie);)
"Kombinezon TheraTogs jest rewolucyjnym wynalazkiem w rehabilitacji wspomagający dzieci z upośledzeniem psychoruchowym i psychomotorycznym, pomaga w utrzymaniu odpowiedniej pozycji ciała dziecka, stabilności ciała oraz ułatwia poruszanie.Ten bardzo wygodny, przepuszczający powietrze oraz bez dodatku lateksu TeraTogs składający się z systemu piankowych pasów przyczepianych na rzepy, jest przyjazny skórze oraz coraz częściej wybieramy przez terapeutów w rehabilitacji osób po udarze mózgu, z problemami ortopedycznymi oraz neurologicznymi jak zarówno w rehabilitacji pacjentów z chorobami mięśniowo- ruchowymi. TheraTogs wspomaga system kostny oraz mięśniowy, specjalnie adresowany jest dla pacjentów z wadami postawy szkieletowo- mięśniowej, utrzymuje równowagę oraz usprawnia poruszanie. Thera Togs nosi się bezpośrednio na ciało, z łatwością dopasowuje się do ciała co pozwala na efektywne poruszanie się oraz utrzymanie odpowiedniej postawy"

I teraz własne zdanie:
Na pewno ma swoje ogromne zalety i faktycznie potrafi skorygować postawę dziecka, tylko... nie mam pewności, czy po noszeniu kombinezonu przez np. 4 miesiące po kilka godzin dziennie, dziecko będzie umiało funkcjonować w prawidłowej postawie po jego zdjęciu.
Chodzi mi o to, czy kombinezon pomaga nauczyć się prawidłowej postawy, czy tam sposobu chodzenia, czy też tylko w nim można to uzyskać. A to ważne. Bo czy daje nadzieję na lepsze, czy tylko w nim jest lepiej...

Bysiek miał przymiarkę tego cuda.
Ale po założeniu tak tragicznie się wydzierał, że ja po 5 minutach miałam serdecznie dość. Nie chciał w nim chodzić, nic nie pokazał, czy jest mu to w stanie coś dać, tylko wrzeszczał, żeby mu to zdjąć.
Ale być może właśnie dlatego wył, że kombinezon działał. Bo ciągnął go (tak jak fizjoterapeuta ustawił), a tym samym wymuszał od niego czegoś innego, niż Bysiek zdążył sobie utrwalić. Walczył z tym. Dlatego postawił tylko kilka kroków i wrzeszczał nadal. Widziałam, że idzie w inny sposób niż zazwyczaj. Nie bujał się na boki jak kaczka, ale czy to tylko tak na chwilkę, czy na dłużej to nie wiem, bo po 10 minutach skapitulowaliśmy ;)

Przedstawiciel twierdzi (to chyba normalne ;) ), że jest mu w stanie pomóc w lepszym, czyli w bardziej prawidłowym sposobie chodzenia, w prostowaniu pleców podczas siedzenia, w utrzymywaniu równowagi, a co za tym idzie mniej bujania się na boki i ręce bardziej pod kontrolą przy chodzeniu....
Mamy się namyślić, czy nie chcemy sobie kupić takich kawałków pianki i rzepów za jedyne 2,5 tysiąca... i pojechać na prywatne przeszkolenie 750 km od Rzeszówka ;)

Przedstawiciel tego sprzętu w Polsce też ma swoją stronkę o tutaj.


Ponieważ Bysiek był nie do wytrzymania, to ma fotkę tylko na początku zakładania kamizelki...




Te fotki są zaprzyjaźnionego, grzeczniejszego chłopczyka ;)



piątek, 30 października 2009

Miłość do.... Wojtasów :)

Bysiek to facet bardzo uczuciowy, ale chyba większość facetów, oczywiście w tym wieku, jest uczuciowa.
Objawia się to w różnych momentach, najczęściej mało spodziewanych przeze mnie. Zaskakuje mnie wtedy swoim rozumowaniem i gadulstwem, ale od początku....

Nasi najbliżsi przyjaciele i zarazem najdawniejsi....to Iwona i Robert.
Z obydwojgiem chodziłam do szkoły podstawowej i od tamtego czasu jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie i przyjaźni właśnie. Ludzie na których zawsze mogę liczyć i z którymi uwielbiamy spędzać czas.
Mają dwóch fajnych synów...
Wojtek (miałam nikomu nie mówić, że "katalogowy") jest Marka chrześniakiem, chodzi do pierwszej klasy i z sukcesami trenuje skoki do wody. Wierzę, że nie raz jeszcze będę mogła się Wam pochwalić jego wynikami.
Szymon, mój chrześniak ma prawie 3 lata. Wulkan w ciele dziecka, z niesamowitą wręcz fantazją odziedziczoną po Iwonie.... Prawdę pisząc, obaj chłopcy wyobraźnię mają świetną.

Moje dzieci bardzo lubią do nich chodzić. Lubią się tam bawić, tańczyć, wygłupiać i kłócić.

I jak sobie tak z Byśkiem w domu przesiadujemy, to on co jakiś czas każe mi dzwonić do cioci Iwonki (jest jego chrzestną):

Bysiek - "zadzwoń do Wojtasów, cy Symon śpi"
mama - "dzwoniłam właśnie i nikogo u nich nie ma"
Bysiek - "jak to?"
mama - "no po prostu. Pewnie gdzieś poszli"
Bysiek - "to nic, pojechamy i pocekamy tam na nich"
mama - " no coś Ty? Przecież nie będziemy siedzieć pod drzwiami, a kluczy nie mamy"
Bysiek - "otwozymy nasym klucykiem do auta"

Nie chciał uwierzyć, że do każdego zamka jest inny klucz...

Innym razem:

Bysiek - "mamo zadzwoń do Wojtasów i zapytaj, cy mozemy pojechac do nich"
mama - "Byśku, o tej porze, to Szymon na pewno śpi u babci"
Bysiek - "no to nic.... pojechamy do cioci i ja sam bede sie bawił, a ty bedziesz piła kawke z ciocią"


Bo tak jakoś się składa, że jak my mamy czas, to Wojtasy go nie mają... dla nas, niestety. Może po prostu to my mamy za dużo tego czasu wolnego, ale jak znam Iwonę, chodzi o to, że my mamy czas po 10, bo tak wstajemy, a oni wstają ok. 7.....

Wczoraj, Bysiek spania nie miał. Marek przyniósł go do mojego łóżka. Przytuliłam go i powiedziałam "kocham Cię aniołku"....

Bysiek - "ja tes kocham ciebie"
mama - "cieszę się"
Bysiek - "i Ole i tatusia kocham"
mama - "to dobrze, oni też Cię kochają"
Bysiek - "i jesce.... jesce ciocie kocham.... Symona mame"
mama - "cicoię Iwonkę? Tak?"
Bysiek - "tak.... i Symona i Wojtka"

Później oczywiście wymienił wszystkich członków naszej rodziny, ale nie spodziewałam się, że Wojtasy tak wysoko na liście są


Kwiecień 2007... po lewej Wojtek z Szymkiem, po prawej Ola z Krzysiem




Sierpień 2009... tak samo jak wyżej, tylko te "maluchy" już nie bardzo na kolanach się mieszczą :)


środa, 28 października 2009

28.10.09

Pustki na blogu jak nie wiem, ale jakoś tak tematów brak....
Może ta pogoda nie nastraja mnie odpowiednio do pisania i wymyślania czegoś, co dobrze by się czytało, a może po prostu fakt, że w zasadzie nic ciekawego się u nas nie dzieje.

I to dopiero jest szczęście.
Lepiej, żeby nie było o czym pisać i żeby stabilne życie i co ważniejsze stan zdrowia Byśka był, niż nadmiar informacji spowodowany złymi wiadomościami...
Dobre wiadomości oczywiście by się przydały, ale skoro takich nie ma zbyt wiele, to trzeba się nam cieszyć tym, co jest.... wedle zasady "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma".

Tak więc napiszę pokrótce co słychać.
Bysiek ciut niewyraźny jest, dlatego odwołałam dzisiejszą rehabilitację, żeby losu nie kusić. Marudzi bardzo, oczy ma zmęczone, czoło ciut za ciepłe, ale poza tym jeszcze się trzyma. Nie wiem jak długo, ale i tak mam dość ciągłego biadolenia i wycia o wszystko...
Mocz na szczęście w porządku jest, co pozwala na niemyślenie o tej części Byśka jako potentata do powstania choroby.
Na szczęście jeśli chodzi o rozmowność i sprawność intelektualną, nie jest źle, a czasem nawet zdaje mi się, że jest bardzo dobrze... sama czasem w lekkim szoku jestem, jak Bysiek palnie coś mądrego i całkiem na miejscu. I to coś takiego, że nawet rodzicom w pięty pójść potrafi. Podejrzewam, że to Fasolowa sprawka, ale jednak Bysiek ją na światło dzienne wypuszcza. Niestety zdarza mu się też przekląć, co jest ewidentnym dowodem na to, że naśladuje też mamusię. Na szczęście zdarzyło się to tylko kilka razy i mam nadzieję, że zrozumiał, że nie powinien tak mówić....

Olka, ku mojej ogromnej radości zgodziła się na zapisanie jej na angielski. Miała opory ogromne, bo bała się, że na angielskim trzeba umieć... angielski, ale w końcu zrozumiała, że to własnie tam ma się uczyć, nawet jeśli na razie nic po angielsku powiedzieć nie potrafi. Zobaczymy jak długo będzie na lekcje chętnie chodziła.
Bardzo powolutku uczy się obowiązkowych do zdania przed Komunią, modlitw z religii, ale nie ma co ukrywać, idzie jej to opornie. Ksiądz powiedział, że od listopada to już na wyrywki pytał będzie, ale moja córka jest z gatunku tych "nieprzejmujących się".
Ostatnio dostała 2 z dyktanda. Przyszła do domu i powiedziała: "dostałam dwóję z dyktanda, ale się nie przejmuję".... Aż oczy szeroko otworzyłam. Twierdzi, że nie przeszkadza jej, że błędy robi, mimo iż gorzej od niej to dyktando napisał tylko jeden chłopczyk. Na razie tylko ja się tym przejęłam i co drugi dzień piszemy w domu dyktanda... Nie mam pewności, czy coś to da, ale kto wie. Może jak będzie więcej pisała, bo czyta dość dużo, to w końcu przyswoi sobie poprawną pisownię.

A starzy.... starzy się trzymają, bo wyjścia nie mają ;) Marek pracuje coraz dłużej, bo ku końcowi roku, zawsze więcje paczek do dostarczenia jest, a ja poza rozglądaniem się za niedrogimi prezentami na Święta, usiłuję wyszukać jakieś firmy, które chciałyby wpłacić na Krzysia subkonto choć kilka groszy.

Taki mam śliczny filmik do pokazania :)


środa, 21 października 2009

Nie śpię

Chyba spania nie mam.
Ale to tak ostatnio u mnie często i to pewnie z tego powodu, że Bysiek, który późno jak na trzylatka chodzi spać, późno tez wstaje dając mi możliwość odespania nocnych posiedzeń.

W nocy jest taki spokój, że z przyjemnością nie śpię Nie żebym miała jakoś specjalnie dość dzieci, czy coś w tym stylu.... ale nocą nie muszę nigdzie jeździć, gotować czy cewnikować . W nocy mogę spokojnie pogrzebać w sieci, bo ciągle szukam brakujących nam tytułów książek do Olki kolekcji "Martynek", mogę się rozglądnąć za prezentami świątecznymi (bo jak znam życie to mnie zaskoczą) i za albą, bo przecież w maju Pierwsza Komunia Święta Fasoli.
To dopiero będzie.... Na razie nie wyobrażam sobie całości uroczystości, bo zebranie w tej sprawie mieliśmy jedno i to tylko w kościele, więc nie było okazji do kłótni miedzy rodzicami na temat doboru kamerzysty, fotografa, wystroju kościoła, czy daru dla parafii.
Podobno niezłe jazdy czasem bywają na tego typu spotkaniach. Ja na pewno walczyć będę, jeśli wymyśli ktoś "z wyższych sfer" (czyli naładowany) jakiś bardzo kosztowny prezent. Mnie na to nie stać i na pewno w takiej sprawie walczyć będę.... no chyba, że coś mądrego, ładnego i pożytecznego wymyślą. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, bo kasa jest kasą.

Takowej obecnie zbyt wiele nie mam, bo 1% wciąż na subkonta dzieciaków nie spłynął, więc ja nie mam jak rozliczyć zapłaconych dotychczas faktur. Ale wierzę, że spłynie.

W tym miejscu bardzo dziękuję naszej KasiP, za własne ślubne bukiety choć wiem, że pierwotnie nie miały trafić do mnie, a już na pewno nie w całości. Mam nadzieję, że to nie dlatego, że byliśmy z Wami.... Bylismy, bo chcieliśmy.

Nocne posiedzenia mijają mi też baaaaardzo przyjemnie na czytaniu. Co prawda w dzień wtedy lekko nietomna jestem, ale jak już dostanę jakąś super książkę, którą dobrze mi się czyta, to świt mi nie przeszkadza.
Ostatnio odłożyłam na bok Sparksa, który mi nie szedł (moja wina, bo najpierw nieświadomie, ale jednak, przeczytałam drugą część a potem zaczęłam pierwszą) na rzecz Nory Roberts. Własnie zszokowała mnie ilość wydanych jej książek.
Jak to jest, że ktoś ma tyle pomysłów na powieści i to dobre powieści. No nie mogę się po prostu oderwać od sensacyjnej powieści "W samo południe". Świetnie się czyta i bardzo wciąga. A to niezwykle istotne. Przynajmniej dla mnie.

Skoro piszę o książkach, muszę wspomnieć, że ostatnio byłam na spotkaniu z Moniką Szwają. Kto czyta ten wie, że fajnie pisze. Po babsku, głównie dla babeczek, bo i o babeczkach.
Super z niej kobitka. Fajnie i ciekawie opowiadała o swoich książkach, o wcześniejszym zajęciu, ale i o miłości do morza i morskich szant.... I tu też muszę wspomnieć, że widziałam ją na scenie śpiewającą ładnie i fajnie (śmiałam się do rozpuku), przerabiane dla żartu szanty, wraz z dwiema innymi kobitkami, które razem tworzą zespół "Stare dzwonnice"....
Na spotkaniu oczywiście udało mi się z książką do podpisania pójść, tak więc autograf i fotki mam.

Kurcze, rozpisałam się o sobie a blog Bysiola jest.
Bysiol zdrów jak rybka, choć marudzi ostatnio przy jedzeniu i mało pije, a to ważne jest w jego przypadku... Może mu przejdzie.
Gada za to jak nakręcony i to czasem nawet nie wie o czym i do kogo, ale mówi, bo jak papuga powtarza wszystko to, co Fasola z siebie wyrzuci. Tak więc jak wczoraj powiedziałam, że ma wreszcie spać iść, to on do mnie: "Nie ma mowy dziewcyno, nie ma mowy"....
Mamy się z czego śmiać w każdym bądź razie. Wciąż jest słodki, ale potrafi pokazać charakter, drzeć się jak opętany, albo ryczeć jakbym go ze skóry obdzierała.

Dzisiejsza rozmowa w samochodzie, jak wracaliśmy z Olą ze szkoły, po której stwierdziłam, że niezależnie od tego co pani psycholog o Byśku mi wciska, ja wiem, że on myśli.... :

Byś - "Ola wies, ze dzisaj wiecór tatuś psyjedzie....?"
Ola - "Wiem, przecież tatuś zawsze przyjeżdża. Co się tak dziwisz?"
Byś - "Ale nie psyjedzie dzisiaj.... juz...."
mama i Ola - "Dziś przyjedzie, dziś"
Byś - "Ale wiecór dziś... nie juz...."

Dopiero po chwili zrozumiałam i wytłumaczyłam Oli, że Bysiek powiedział, że tatuś nie przyjedzie teraz, tylko wieczorem.... (wcześniej ze mną o tym rozmawiał).


Łóżkowiec :)

darmowy hosting obrazków


darmowy hosting obrazków

środa, 14 października 2009

Sierpień 2007

Zaległości stare....
Postanowiłam je powolutku pouzupełniać, żeby przynajmniej zdjęcia były zamieszczone z każdego miesiąca życia Byśka, jeśli już nie jakaś treść konkretna. Treści będzie bardzo malutko, a to dlatego, że nic nie pamiętam, po prostu. Uważam, że to całkiem normalne, choć nie ukrywam, że żałuję. Niestety.
Ale pocieszającym dla mnie faktem jest to, że teraz dzięki blogowi mam jakby pamiętnik.
Jak wracam do starszych postów, to okazuje się, że wiele z tych napisanych przeze mnie na bieżąco spraw, już nie pamiętam i czytam je z ogromną przyjemnością.

W listopadzie ubiegłego roku zatrzymałam się na wpisie z wakacji 2007. Teraz postanowiłam trochę uporządkować zdjęcia w komputerze i przeglądając je, chcę kilka pokazać w miarę możliwości w krótkim czasie i chronologicznym porządku. Tak więc teraz:


sierpień 2007





Zawsze wysoko sięgał... ;)





Raczkowanie opanowywał




Nad Soliną






W sierpniu 2007 roku, po raz pierwszy pojechaliśmy do Nowej Soli. Pamiętam trochę... Pamiętam, że był to "zlot Niezwykłej Krainy", czyli forum dla rodziców i dorosłych z RKiW. Było dużo ludzi... to znaczy nie jakoś tragicznie dużo, ale na tyle, że ciężko mi było zapamiętać imiona wszystkich.

Pamiętam jak jeszcze w Międzywodziu, KasiaO zapraszała chętnych na przyjazd do niej i patrząc na nas, stwierdziła: "wy to na pewno nie przyjedziecie, bo bardzo daleko macie, ale zapraszam".
Oburzyłam się po prostu...
Przyjechaliśmy jako pierwsi, a wyjechaliśmy jako ostatni ... jak to my.
Pamiętam jak było fajnie, jak dzieciaki bawiły się i kłóciły wspólnie i jak starzy godzinami gadali o tym, o czym ja najbardziej gadać lubię, czyli "o wszystkim i o niczym". Luz jak nic.


Nowa Sól




Asia, Witek i Ola... trzon wszelkich zabaw




Fotka na prośbę Kasi... mam nadzieję, że to o tą chodziło... ;)




Dzieciaki zrobiły pobudkę Fasoli




Śniadanko




Raczkujący Bysiek... w tle Iguś.




Mój słodziak pod stołem :)



Pamiętam też, że od tego pierwszego razu, zawsze jak wyjeżdżam od KasiP, płakać mi się chce...



Biorąc pod uwagę zdjęcia wnioskuję, że przynajmniej raz byłam z Byśkiem w naszym osiedlowym parku....




Z mamusią ;)




I nawet się huśtał.... najwyraźniej...


]


Jeśli całkiem przypadkiem przypomni mi się coś z tego sierpnia, to po prostu dopiszę i już. Bo na razie to tyle....

środa, 7 października 2009

Witaj, Połonino Caryńska...

Kolejny weekend za nami.
Kolejny bardzo ładny weekend, z którego żal było nie skorzystać, dlatego znowu z domu nas wywiało.
Tym razem nie do KasiP , choć nam akurat smutno z tego powodu....

Tym razem pojechaliśmy o wiele bliżej nas, ale za to w miejsce, w którym nieczęsto można mnie spotkać. Były to mianowicie, góry.
I kto mnie zna bardzo dobrze, ten zdziwi się słusznie, bo ja to taki mocno niechodzący typ jestem. Uwielbiam morze i tam mogę jechać zawsze i to z największą ochotą, ale góry.... to tak raczej na obrazku.


To znaczy, nie neguję ich uroku, piękna i tego "czegoś" co w sobie mają, ale to nieszczęsne wchodzenie na nie...... To na ogół ponad moje siły i chęci.
A jednak czasem zdarza się, że coś mi odbije i wtedy wraz z innymi chętnymi jedziemy odrobinkę pochodzić.
Oczywiście najłatwiej nam jest pojechać w nasze rodzime Bieszczady, bo nie mamy do nich daleko i spokojnie można obrócić w jeden dzień. Tak też było właśnie w ten weekend.

Moja mama od kilku miesięcy marudziła, że poszłaby na Caryńską, bo dawno nie była, a ponieważ ja nie byłam nigdy (tylko mi się tu nie śmiać ), to postanowiliśmy zebrać chętnych i tam uderzyć.
Wiedziałam, że ja z Byśkiem to daleko nie zajdziemy, bo ja niechodząca, a Byśka Marek na plecach musi dźwigać, ale Ola i Marek mieli dojść z resztą na szczyt.

Stało się jednak inaczej.
Może dlatego, że Bysiek był bardzo grzeczny w nosidle, a może dlatego, że dobrze mi się szło.... a może dlatego, że miałam tą Caryńska "zdobyć".

I sama do dziś jestem w szoku, że jednak wszyscy na szczyt dotarliśmy.
Fajnie było. Choć wiało tak strasznie, że ledwo można się było na szlaku utrzymać, a Bysiek czapką zasłoniętą miał całą głowę z twarzą włącznie, to warto było się pomęczyć. Muszę to przyznać.

Tym razem miałam aparat i fotki wrzucić muszę, bo wiem już, że niektóre niedowiarki zdjęć na potwierdzenie moich słów wymagają. Tak jakby to było wielkie "halo" na Caryńską wejść... phi...


No więc odrobinę przydługa fotorelacja będzie, bo trudno mi się na mniej zdjęć zdecydować.


Startujemy...




"Z bacią na góly ide"




Już ma dość samodzielnej wędrówki pod górę... (całkiem jak mama)





Dalej nie idę...





Takiego ususzonego żubra widzieliśmy ;)





Ola też z nami szła :)




Byś





W trakcie wędrówki.... widok na Połoninę Wetlińską




Wszystkie dzieciaki na odpoczynku...





Idziemy





No i obowiązek... czyli sikanie na trasie




Pod górę





Widoczki





Szczyt zdobyty!!!






Odpoczynek na szczycie





Schodzimy. Ten ludzik w zielonej kurtce, to Fasola





Idziemy po bardziej płaskim terenie





"idę w góry, cieszyć się życiem...." (a co najważniejsze - SAM)





koniec czerwonego szlaku... jesteśmy w Ustrzykach Górnych.... uffff






sobota, 3 października 2009

Kasztanowo (jeszcze ciepło wtedy było)

Dni płyną szybko i widać to dokładnie teraz, kiedy są coraz krótsze...
Uciekają nam jeden za drugim i każdego żal, bo jeszcze są w miarę ciepłe.

Bysiek, jak chyba większość dzieci, po prostu uwielbia być na wolnym powietrzu. I obojętne mu, czy jest to podwórko u babci Wandzi, czy ulica pod domem babci Gosi, czy kawałek trawnika pod naszym blokiem. Byle w domu nie siedzieć.
Ze mną w domu się nudzi i jak sobie pomyślę, o tym nadchodzącym zimnie i często przemoczonych butach, to aż ciarki po plecach mi chodzą. Co my będziemy w zimie robić???

Ale póki ładna pogoda jeszcze, to staramy się znaleźć jakieś podwórkowe zajęcie.
Obok naszego bloku rośnie kasztan, który jest mocno oblegany przez dzieci, bo jedyny w okolicy. Moje dzieci za każdym razem jak z domu wychodzimy, biegną sprawdzić, czy przypadkiem nie leżą pod nim jakieś kasztanki. Bardzo lubią to robić i licytują się z dziećmi mojej siostry o to, kto więcej kasztanów uzbiera. Zawsze przegrywamy, ale z mojej winy, bo tamci do prawdziwych piechurów należą i kilometrowe trasy potrafią pokonać w poszukiwaniu kasztanów. My to raczej leniwi jesteśmy, a już na pewno zdecydowanie bardziej samochodowi...

W okolicy domu mojej mamy, był ogromny trawnik, a na nim kilkanaście drzew kasztanowych. Niestety, znaleźli się tacy, którzy teren kupili, plany wielkie mieli, zburzyli okoliczne domy i nawet hotel, kasztany wycięli i na tym się skończyło. Przynajmniej na razie nic się tam nie dzieje.
A kasztany bardzo by się przydały.... dla dzieci i dla zwierząt, które dzięki tym wyzbieranym kasztanom, mają co jeść w zimie.

Taką akcję zbierania kasztanów prowadzi Oli szkoła.
Przez jakiś czas można do szkoły przynosić dowolną ilość kasztanów, po które potem przyjeżdża leśniczy (nie wiem skąd) i tymi kasztanami dokarmia zimą zwierzęta w lasach.
Dzieci też mają radochę z takiego zbierania, bo otrzymują później dyplomy za pomoc w dokarmianiu zwierząt.
Fajna akcja, a my takie popieramy i wspieramy ;)


Bysiek zbieracz

darmowy hosting obrazków


Razem

darmowy hosting obrazków


Idę

darmowy hosting obrazków


Cały on

darmowy hosting obrazków

wtorek, 29 września 2009

Ach co to był za ślub....

Jak to dobrze, że człowiek musi czasem gdzieś wyjechać, żeby zarobić trochę kasy....
Myślę tu o takim wyjeździe w tą i z powrotem, czyli o takim czysto transportowym.
No więc mi taki zarobkowy kurs trafia się 2 razy w roku i to zawsze do Katowic. A dlatego, że robię za szofera dla studentki medycyny tamtejszej uczelni.
Tak się jakoś ułożyło, że tym razem mogłam wysłać Marka, bo trzeba było w weekend jechać, ale ponieważ dobrze z domu i od dzieci czasem się wyrwać, to postanowiliśmy pojechać razem.
I był jeszcze jeden powód....


Daleko od nas (kto czyta nas czasem, ten wie jak daleko), mieszkają nasi Krainowi przyjaciele, którzy w ostatni weekend powiedzieć sobie mieli: "TAK".
I to był ten najważniejszy powód dla którego postawiliśmy obie nasze rodziny na baczność z nakazem cewnikowania i zajęcia się wnukami, a ściślej pisząc bratankami, bo większość czasu opiekę nad naszymi dziećmi sprawował niezastąpiony Łysy.
A ponieważ z Katowic do NS, zdecydowanie bliżej niż z Rzeszówka (no i przecież na tym wyjeździe zarobiłam parę złotych, więc było nas stać na ten "wyskok"), to....

... to dzięki temu w sobotę o godzinie 15 byliśmy w USC w Nowej Soli, gdzie KasiaO "uroczyście oświadczyła" GrzesiowiP, że "wstępuje z nim w związek małżeński" i od tej pory będzie KasiąP....

Ślub był świetny.

Według mnie taki "na luzie" i to cudne było...., że Witek mógł stać przy nich i trzymać Kasię za rękę, że Igor mógł z moim Markiem wędrować pod Urzędem, bo bał się, że tańczyć mu każą....a jak już go Marek namówił na wejście i usłyszał, że "odtąd nazywać się będziecie: Katarzyna i Grzegorz P", to mocno zszokowany na głos zawołał: "Cooooooooo?"
I bombowo wyglądała przysięga:
Grześ.... zapatrzony, a Kasia usiłująca się trzymać

Potem, było przyjęcie.
I aż wstyd pisać, że bałaganu narobiliśmy, bo trzeba było nas wcisnąć do stołu, ale tak po prostu było. Stwierdziłam, że nie ma to jak wcisnąć się na imprezę i siedzieć obok Młodych....

Przyjaciele Kasi i Grzesia, ci prawdziwi i od "zawsze", to super ludziska. Byliśmy z Markiem jedynymi "obcymi" w towarzystwie i po prostu w szoku byliśmy, jak bezproblemowo przyjęto nas w swoim gronie. Czuliśmy się, jakbyśmy od lat na wspólnych imprezach bywali.
Dlatego bardzo dziękuję Ali i Agnieszce (to "Pani z telewizora"), Marcie i Piotrkowi z Hanią, Anecie i Tomkowi z Agatką i Maćkowi za tak świetne towarzystwo.

Państwu P, dziękuję najbardziej, za przyzwolenie na uczestnictwo w takim ważnym dniu....
Cieszę się, że Was mamy










P.S. Niestety (jak to ja) aparatu nie wzięłam, więc zdjęć nie mam. Ale mam nadzieję, że jak już Kasia fotki od Tomka dostanie, to się podzieli ;)