piątek, 19 marca 2010

Na operację czas...

Po raz kolejny piszę nocą...
Tym razem jednak, będzie to wpis krótki, acz konkretny.

Artykuł w gazecie się ukazał.... i jeszcze tego samego dnia, zostaliśmy za pośrednictwem redakcji zaproszeni na dni otwarte przedszkola z grupą integracyjną (tego jedynego w mieście). Ciekawe, czy miejsce się zwolniło?
Niestety choć bardzo żałuję, raczej nie będziemy mogli skorzystać, bo od jutra (w zasadzie to już dzisiaj) w szpitalu jesteśmy, a zaproszenie na poniedziałek jest. Zobaczymy. Może uda mi się zastępstwo znaleźć i wyskoczyć na chwilę

Ano właśnie. Szpital...
Bardzo proszę, abyście zacisnęli choć na chwilkę kciuki za ten nasz pobyt w szpitalu, za operację i za całokształt
Dziś jeszcze nawet nie wiem, kiedy sam zabieg się odbędzie, ale rano mamy stawić się na izbie przyjęć i jak już na oddział dotrzemy, to mam nadzieję, że poznam jakieś konkrety....

Tak więc uśmiecham się do Was (już na serio zestresowana) z prośbą o kopniaka na szczęście

Pozdrawiam i przesyłam całusy

poniedziałek, 15 marca 2010

Komin

Zacznę może od tego, że była u nas dzisiaj pani Ewa, która pisze artykuły do naszej lokalnej gazety.... Bardzo się cieszę, że zainteresował ją nasz problem ze znalezieniem przedszkola dla Bysia. Bardzo dziękujemy .
I mam wielką nadzieję, że kiedy ukaże się tekst, odezwą się rodzice innych dzieci niepełnosprawnych, którzy być może, także natknęli się na podobne problemy.
Dzięki interwencji pani Ewy wiem już (a dokładniej rzecz ujmując tak obiecują), że jeśli przyjdę do Wydziału Edukacji z orzeczeniem z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, że Krzyś powinien chodzić do grupy integracyjnej, to miejsce w takiej grupie się znajdzie.
Podobno pan dyrektor się troszkę oburzył, że zamiast do niego, to ja do gazety poszłam... ale cóż, dzwoniłam, pytałam i jasnej odpowiedzi nie otrzymałam. Więc niech się burzy. Osobiście, nie bardzo mi to przeszkadza.

Takie wymagane orzeczenie z poradni będziemy mieć w ręce 31 marca, bo 19 zbiera się komisja i na niej coś tam podobno ustalą. Tak więc musimy czekać. To już i tak długo nie jest, skoro papiery do poradni końcem stycznia, czy początkiem lutego składałam i tyle im zeszło.
Ciekawa jestem jaki będzie finał całej sprawy i gdzie w końcu przyjmą Bysiola. Ale światełko w tunelu jest i świeci...

A co do tytułowego komina.....

Bysiek - "Coś tu bzydko mieldzi"
mama - "No jasne, że śmierdzi, skoro przed chwilą nasmrodziłeś..."
Bysiek - "To nie ja... to z komina tak mieldzi"
mama - "Aaaa z komina... No to w takim razie na pewno z Twojego komina"
Bysiek - "O stego komina?" (wskazując na własną pupę)
mama - "No jasne, że z tego"
Bysiek - "To wcale nie jest komin..... to jest dupa !!!"

Coraz lepszy ten Bysiek. No bez dwóch zdań!

środa, 10 marca 2010

Wrrrr...

Oj chce mi się warczeć jak nie wiem...
Od kilku bowiem dni, zważywszy na to, że wkrótce rozpocznie się nabór internetowy do przedszkoli, twardo szukam przedszkola, które chciałoby przyjąć Byśka.
Niestety wciąż bez powodzenia.
Dlaczego?
Dlatego, że jak już wcześniej wspominałam, wojewódzkie miasto Rzeszów (podobno stolica innowacji) nie ma w swoich granicach przedszkola integracyjnego.
Tak jak wspominałam mamy jedną grupę integracyjną, do której naboru w tym roku nie ma. I na dzień dzisiejszy to wszystko.
Ale ja będę walczyła. Z pewnością!

Rozmawiałam ostatnio z panią z Wydziału Edukacji UM, naświetliłam jej mój problem i zapewniła mnie, że spróbuje zorientować się głębiej w temacie. I faktycznie po kilku zaledwie godzinach, kazała mi zgłosić się z Byśkiem w najbliższym nam przedszkolu.
Lokalizacja nam odpowiada, ale to w zasadzie jedyne, co nam odpowiada
Bardzo konkretna, ale i miła pani dyrektor, pokazała mi łazienkę i salę maluszków (myślę, że rozmawiała ze mną głównie dlatego, że dzwonili do niej z wydziału edukacji..) i uprzytomniła mi, że Bysiek raczej tam się nie nadaje.... bo,
- po pierwsze w grupie jest przeciętnie po 25 dzieci i generalnie 1 pani, więc nie możemy być pewni, że w razie gdyby Bysiek akurat potrzebował pomocy, pani będzie mogła mu jej udzielić.
- po drugie, dzieci codziennie (jeśli nie wali żabami z nieba) wychodzą na spacery (faktycznie jak przyszliśmy dzieci wracały ze spaceru) więc skoro on musiałby być wożony, to nie będzie miał kto tego robić, bo pań mało i muszą pilnować reszty.... na moją propozycję, że ewentualnie ja mogę na te spacery chodzić, pani odbiła piłeczkę "ale my o różnych porach chodzimy".
- po trzecie, zabawy maluchów są głównie ruchowe, więc czy będzie brał udział? - odpowiedziałam, że nie wiem, bo nigdy jeszcze nie miał okazji bawić się w grupie.
- po czwarte, jeśli na orzeczeniu z poradni psych-ped. będzie zalecone nauczanie indywidualne, to oni niczego dodatkowego mu nie zapewnią, bo nie mają do tego wykształconej kadry.
- po piąte, nie mają miejsca, żeby zapewnić mi 5 minut intymności, żebym mogła go wycewnikować (a wystarczyłoby tylko chcieć).
- po szóste, on powinien umieć wyrażać własne potrzeby, żeby panie wiedziały czego potrzebuje, albo co mu się w danej chwili dzieje (he he he, Bysiek bowiem nie odzywał się do pani prawie wcale, a mnie ciągną tylko za rękaw skrzecząc "yyyyy" - stwierdziłam, że na dziecko to zawsze można liczyć... zawsze pokaże się od najlepszej strony i to dokładnie wtedy, kiedy nam na czymś zależy ).

Nie pamiętam, czy było jakieś "po... kolejne".
W każdym bądź razie, po raz kolejny w wyrafinowany sposób zasugerowano mi, że raczej nie. Ale tego nie powiedziano, więc śmiało składać papiery mogę.
Problem w tym, że nie wiem czy chcę, składać papiery do przedszkola, w którym Krzysiol nie otrzyma należnej mu opieki. Bo jeśliby pani bardziej przychylna była, to "dla chcącego nic trudnego".
Ja rozumiem doskonale, że głównie chodzi o strach i odpowiedzialność, jaka automatycznie nad nimi by wisiała, ale wiem też, że wiele dzieciaków z orzeczeniami chodzi do "normalnych" przedszkoli.
Dziś zatem wykonałam kolejną porcję telefonów do przedszkoli. Tym razem do tych przedszkoli, w których wcześniej bywały grupy integracyjne, bądź specjalne.

Dzwoniłam dlatego, że pani z wydziału edukacji powiedziała mi, że jeśli będzie taka potrzeba, to kolejny oddział integracyjny po prostu zostanie utworzony. I w jednym z tych przedszkoli pani powiedziała mi, że sprawa takiego rozwiąże się w piątek za tydzień... ona bowiem sama jeszcze nie wie, czy u nich taki oddział powstanie.

Bysiek jak zauważył, że skończyłam rozmowę zapytał: "I co psyjmią mnie?..."
(bo od kilku dni, nie słyszy nic poza tym, że nigdzie go nie przyjmą )

Zastanawiam się w jaki sposób zrobić nagonkę na rodziców dzieci N, żeby wiedzieli, że jest szansa na utworzenie grupy integracyjnej?
Jak nic muszę uderzyć do lokalnej gazety, albo telewizji... a co? Niech się zainteresują sprawą. Tylko czy to dla mediów sprawa wystarczająco ciekawa?
Nie wiem, ale niech ktoś nie myśli, że się poddam.... a przynajmniej nie tak wcześnie .
Bardzo mi bowiem zależy na uspołecznianiu Krzysia. Musi się też trochę usamodzielnić, a na pewno łatwiej to zrobi beze mnie. Tym bardziej, że dziś też zakończyliśmy spotkania z pracownikami poradni psych-ped. (końcem marca mam odebrać orzeczenie) i pani psycholog, u której byliśmy powiedziała, że "bardzo by mu się przydało przedszkole".


Dzisiejsze, jeszcze cieplutkie




Ukochane obecnie "Zyzaki makłiny"




I komplet zygzaków z Bysiem




Tak przy okazji, proszę... trzymajcie kciuki za to przedszkole....

P.S.
Po poprzednim wpisie na bloga, zadzwoniła do mnie Ania z takim tekstem:
"Na mieście mówili, że albę potrzebujecie". A znaczyło to, że inna Ania (też ze szpitala w dodatku) albę ma na zbyciu i możemy ją zobaczyć i zmierzyć.
I jak na razie alba się została, choć nie byłam pewna jak Fasola zareaguje na inną niż upatrzona opcję.... Alba rozmiarowo jest całkiem dobra i jak na razie Oli pasuje (zobaczymy, czy jej się nie odmieni).
W każdym bądź razie serdeczne dzięki obu Aniom

czwartek, 4 marca 2010

Witam w czwartkowy wieczór i od razu pokażę Wam mojego Bysiolka cudnego na zdjęciu ze stycznia 2008......taki słodki jest, że powstrzymać się nie mogłam, przed wrzuceniem tu:



Patrząc na to zdjęcie rzuciły mi się w oczy jego nóżki... Wyglądają tutaj jak całkiem zdrowe. Nie mogę uwierzyć, że takie były. Kiedy ja przegapiłam moment zmiany? Tu ma takie słodkie, grube łydeczki i prostą tą lewą stópkę. Dziś jego łydki to połowa z tego. Brak na nich mięśni, a stopa... sami widzieliście na wcześniej wstawionym zdjęciu. Ehhhh. Zdjęcie cudne, a mi się płakać na jego widok chce. Czy te nózie nie mogły takie zostać?

Nic. Żeby zanadto nie smęcić przejdę do mojego poprzedniego wpisu.
Fajnie, że nie wszyscy od razu się domyślili, bo dzięki temu mam powód, żeby wrzucić pozostałe zdjęcia. Nie tylko dlatego żeby się pochwalić
Ania od razu się domyśliła co zrobiłam, ale nie chciała mi psuć zabawy więc milczy.
I bardzo jej za to dziękuję.


Więc dzisiaj wrzucam kolejne zdjęcia i one już odkryją zagadkę....

Na zielonych kartonikach naklejałam listki i półkola:



Potem doklejałam perełki, kółeczka i nakładałam brokat o tak:



Zrobiłam tego całą serię:



A potem naklejałam na wcześniej wydrukowane kartki..... i tak powstała całość:



I cała seria... do której koperty przygotowywała Fasola:



Dzięki temu na ponad dwa miesiące przed Komunią Oli, gotowe mamy zaproszenia.
Problem polega tylko na tym, że nie wiem, czy w domu dziadków, u których ma być obiad po mszy, zakończy się do tego czasu remont, który już trwa i trwa....
Zobaczymy. Najwyżej będziemy na podwórku świętować... a co!

Pewnie dziwi Was, że tak wcześnie mamy gotowe zaproszenia, ale stwierdziłam, że w inny sposób, niż wcześniejsze przygotowanie wszystkiego, nie uda mi się zapanować nad tą Komunią.
Nie mamy przyjęcia w lokalu niestety (ze względu na finanse), więc i tak na finiszu będziemy mieli bardzo dużo rzeczy na głowach.

Tym bardziej, że jak pewnie pamiętacie, już w marcu czeka nas operacja stopy.... (muszę jeszcze tylko pojechać do szpitala i dowiedzieć się o szczegóły, które mnie intrygują).

Dlatego detalami, którymi mogę zająć się znacznie wcześniej, powoli się zajmuję. Ponieważ też z kasą różnie u nas jest, to i o strojach już twardo myślimy.... i Marek i Bysiek mają już eleganckie stroje.
Ciągle jeszcze w powijakach jest sprawa Oli alby. Ja chcę jej tą albę uszyć, Ola chce mieć zamówioną z sieci i dogadać się nie możemy na razie. Musimy pójść na jakiś kompromis, a ponieważ obie mamy dość ciężkie charakterki, to łatwo nie jest

P.S.
Dziś przyszła do mnie przesyłka z książkami z pewnego wydawnictwa, a w niej dwie książeczki, które serdecznie polecam dzieciom, choć i sama chętnie czytam...
Pierwsza z nich to "Srebrny dzwoneczek" Emilii Kiereś (to córka Małgorzaty Musierowicz, autorki mojej ukochanej serii o Jeżycjadzie). Książeczkę tą już prawie skończyłam, więc świadomie mogę polecić, a na weekend zadam ją Fasoli
Druga to "Książka o Hani" Wandy Ottenbreit i tu muszę przyznać, że jeszcze jej nie czytałam, ale moja mama pamięta ją z dzieciństwa i poleca




niedziela, 28 lutego 2010

Co zrobiła Kaja?

Kilka z ostatnich dni, wieczorów i nocy spędziłam na przygotowywaniu... no właśnie. Ciekawe czy zgadniecie co robiłam.
Oczywiście wrzucam kilka zdjęć, które doprowadzą zainteresowanych do bardzo prostej w sumie odpowiedzi.
Zabawa, bo ciężko to nazwać pracą, bardzo przyjemna i taka, jaką ja bardzo lubię.
Duperelki, detale i trochę szczegółów, które według niektórych wymagają cierpliwości. Ja akurat do takich rzeczy cierpliwość mam. Lubię czasem wyszywać krzyżykiem, czasem szydełkuję, a czasem ze wstążki robię gwiazdki na choinkę....

Jedyne czego zdecydowanie bardzo do takich rzeczy mi brakuje, to zdolności plastyczne i wyobraźnia. Mam tragiczny deficyt tych dwóch cech i bardzo tego żałuję....
Ale cóż, są to cechy, których niestety nie da się zdobyć, ani nauczyć.

Dlatego jestem dobra w naśladowaniu. Potrafię coś wykonać, ale niestety najpierw muszę to coś zobaczyć, żebym zrobić mogła.

No więc tak.... (nie zwracajcie uwagi na jakość zdjęć, bo i tak mi wstyd)
Najpierw wzięłam papier - biały i zielony, w dwóch wersjach



Z białego wycięła kółeczka, o takie:



Z jednej wersji zielonego papieru wycięłam dość żmudnie małe listki



Zapomniałam dopisać, że kółeczka wycięłam w dwóch różnych rozmiarach, więc mam już taki zestaw:



Z drugiego zielonego wycięłam takie niby prostokąty i mamy już:



Wtedy większe kółeczka musiałam przeciąć na takie części:



Wiecie już co zrobiłam?

czwartek, 25 lutego 2010

Ciekawe, czy się uda?

Ponieważ bardzo chciałabym, żeby Bysiolek od września poszedł do przedszkola, chociaż na parę godzin dziennie.... zaczęłam się starać o potrzebne do tego celu papiery.
W naszym przypadku chodzi o zaświadczenie o potrzebie kształcenia specjalnego z poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Takie zaświadczenie w połączeniu z orzeczeniem o niepełnosprawności, daje możliwość skorzystania z kilku przywilejów... jeśli takowymi można je nazwać.
Otóż jeśli udałoby się zapisać Krzysia do grupy integracyjnej, to takie zaświadczenie potwierdza wymóg dodatkowego nauczyciela w grupie (tzw. nauczyciela wspomagającego) ale w grupie tej musi być minimum 3 dzieci z takimi zaświadczeniami.
Poza tym za "niepełnosprytnym" dzieckiem idą też do przedszkola dodatkowe pieniążki....
Problem w naszym przypadku polega tylko na tym że, w tym roku nie będzie miejsca w grupie integracyjnej.
Doznałam szoku, jak obdzwoniłam pół miasta i okazało się, że w Rzeszowie jest jedno przedszkole z jedną tylko grupą integracyjną, do której przyjmowane są dzieci (tylko 3 dzieci) raz na kilka lat (bo przez kilka lat w tym przedszkolu pozostają).

Rzeszów... miasto, które liczy około 170 tysięcy mieszkańców nie ma choćby jednego przedszkola integracyjnego z prawdziwego zdarzenia. Wstyd.

Czy oznacza to, że dzieci niepełnosprawne (chodzi mi głównie o niepełnosprawność ruchową) siedzą w domach do momentu pójścia do szkoły????
Bo fakt. Jest kilka miejsc, gdzie można zapisać dziecko z upośledzeniem umysłowym, ale pani z takiego przedszkola od razu mi powiedziała, że przypadki mają ciężkie i nie jest dobrym pomysłem, żeby w miarę prawidłowo rozwinięty dzieciak do nich chodził.
I ja wcale się tam z Byśkiem nie pcham, bo wiem, że korzystniejsze dla niego będą kontakty ze zdrowymi dziećmi.

Nic to. Na razie się nie stresuję za bardzo, tylko załatwiam wymagane dokumenty, a w międzyczasie będę próbowała wcisnąć gdzieś moje dziecię ;) Choćby na parę godzin i to z moją wizytą w międzyczasie, bo przecież cewnikowanie mamy, a tego nie zrobi nikt poza mną.... Ciekawe, czy kiedyś uda mi się do pracy wrócić....?

W poradni psych-ped już raz byłam, bo przeprowadzano ze mną wywiad wstępny, w którym musiałam zeznać jak to z Byśkiem od początku było, jak jest teraz i w sumie jaki jest on sam. Rzeczowa, rozsądna kobitka wyciągała ze mnie te informacje, a na przyszły tydzień zaplanowała spotkanie z Bysiolem. Zobaczymy co on wtedy pokaże.... już mnie to intryguje, bo wiem, że potrafi wiele ;)





A gada teraz tyle, że ja spisywać nie nadążam. Ale cieszę się, bo wiem, że to chwile i gadki, które nigdy więcej nie wrócą, ani się nie powtórzą. Więc co fajniejsze, to spisuję i wrzucam.
Dziś na przykład mowa o pieniądzach była.... z Olą i ze mną.

Bysiek - "Kupie sobie brumka za moje pieniąski"
Ola - "Nie kupisz, bo Ci braknie"
Bysiek - "To nic, to nic...... das mi swoje pieniąski!!!"

Bysiek - "Mamo, das mi pieniąski, zebym duzo miał?"
mama - "Nie mam pieniędzy, żeby Ci dać"
Bysiek - "To tatuś mi da...."
mama - "Pieniążków się nie daje tak sobie Byśku.... trzeba pracować, wtedy dostaje się zapłatę za wykonaną pracę... inaczej pieniędzy nie ma. Trzeba je zarobić"
Bysiek - "A zarobis mi????"

Koniec ferii Olkowych zbliża się milowymi krokami, ale już nam nie żal bardzo, bo pogoda raczej wiosenna jest, niż zimowa. Narty całkowicie odpadły, łyżwy i sanki też. Głównie w domu siedzimy, nie licząc atrakcji w postaci wyjścia na rehabilitację.
Ale w piątek dzieciaki na urodziny do "Wojtasów" idą, więc jest na co czekać :)

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko.

P.S. FasOli wypadł dziś kolejny z mlecznych zębów. To 9 z kolei, a następny już się kiwa. jak tak dalej pójdzie, to szczerbata do Komunii pójdzie ;)

sobota, 20 lutego 2010

Cisza

Uwielbiam siedzieć nocą w sieci....
Spokój, cisza, komputer i ciepła herbata. I choć spanie mnie czasem łamie ;) to i tak siedzę, bo kusi ta cisza.
Lodówka brzęczy (bo w kuchni przesiaduję nocą) i szumi wentylator komputera.
Dziś co prawda słychać jeszcze krople spadające na parapet, jakby co najmniej deszcz padał.
I myślałam, że nie pada, że to topniejący śnieg daje znać co jakiś czas, że kończy się jego czas. A jednak to deszcz.... idzie wiosna?


Karnawał już się skończył, ale chcę jeszcze wrzucić fotkę Bysiolka przebranego za pajacyka.



Mimo iż na balu żadnym nie był, to z Fasolą przez parę dni wytrwale bawili się w przebieranki. Na szczęście dzieci mają ogromną fantazję i fakt, że Bysiek na bal nie szedł, Fasola wynagradzała mu z ogromną przyjemnością :)


Choć osobiście uwielbiam ciepło, a nawet gorąco, to chciałabym, żeby jeszcze do końca lutego mróz trzymał.
Ola ma ferie i miałaby jeszcze możliwość skorzystania z takiej prawdziwie zimowej aury, gdyby ta jeszcze wytrwała. Tym bardziej, że zdrowie nam dopisuje w tym sezonie bardzo. Kilka razy pojawił się katar, ale praktycznie to wszystko. Dzieciaki trzymają się, aż miło.

A szansa na utrzymanie się zimy była.....
Bo ostatni atak zimy sparaliżował (dosłownie) nasz Rzeszówek, że hej!
W niedzielę jak wyglądnęłam za okno, nie chciało mi się wierzyć w to, co zobaczyłam. Nie pamiętam kiedy było tyle śniegu na raz.... takiego leżącego sobie spokojnie, nieodgarniętego, jakby chciał pokazać jaki to on ważny jest. I kurcze, pokazał swoją ważność. Z parkingu pod blokiem nikt nawet nie próbował wyjechać, tylko czekano do poniedziałkowego ranka, kiedy to koparka przyjechała z odsieczą.

Moje dzieci były szczęśliwe, że mogą odśnieżać wejście do klatki



W tygodniu, kiedy zrobiło się ciut cieplej, w każdym możliwym miejscu zaczęły tworzyć się sople. Wybaczcie jakość zdjęć, ale było już popołudnie jak zobaczyłam, że na naszej antenie wiszą dwa niezłe okazy ;)





Niestety dziś już ani sopli nie ma, ani śniegu do odśnieżania. Jedyne co zostało, to woda na ulicach i chodnikach.... chyba gumiaki muszę sobie sprawić ;)

Ale dla poprawienia nastroju (jeśli komuś popsułam) wrzucę jedną z ostatnich "gadułek" Byśkowych:

mama - "Krzysiu, jak zjesz całą zupę, dostaniesz na deser bałwanka czekoladowego"
Bysiek - "Ale mi zalaz bzuch pęknie. Pac jaki mam wielki bzuch!"
mama - "Mało co zjadłeś..."
Bysiek - "Ale juz nie mieści mi sie nic"
mama - "No to bałwanka nie będzie"
Bysiek - "No ale, nie mieści mi sie nic..... eeeee, mieści mi sie tylko bałwanek!!!!"

Życzę Wam udanego weekendu :)






niedziela, 7 lutego 2010

Gadulce

mama - "Olesiu, źle nastawiłaś sobie budzik i obudził Krzysia i mnie, jak pojechaliście na narty...."
Ola - "Aaaaa, to dlatego nie zadzwonił rano..."
Bysiek - "Cale nie ubudził mnie budzik...."
mama - "To dlaczego wstałeś tak wcześnie?"
Bysiek - "Bo mnie ubudził......"
mama - "Co Cię obudziło?"
Bysiek - "No..... ten.... ten..... INTELNET!!!!"



mama - "Byśku, zrobiłeś kupkę?"
Bysiek - "Nie...."
mama - "Oj, chyba jednak tak, bo coś śmierdzi"
Bysiek - "Bo to, mierdzi...... jakiś...... dym.... na pewno!"
mama (śmiejąc się jasna sprawa) - "To ja na wszelki wypadek sprawdzę"
Bysiek - "I co... lobiłem?"
mama - "Nie, jednak nie zrobiłeś"
Bysiek - "Moze to tylko bonek był" (na wszelki wypadek wyjaśnię, że "bonek" to bąk)


Siedzę tak tu sobie, grzebię w sieci, a w tle brzęczy mi telewizor.... Durne reklamy, poradnikowe programy i różne takie.
Siedzę i ze zdziwienia wyjść nie mogę.
Ileż to można się ciekawych informacji nasłuchać.

Dowiedziałam się na przykład tego, że krzywdę robię Byśkowi, bo sama go ubieram....
Dało mi to do myślenia... a jakżeby inaczej.
No fakt. Ma prawie 3,5 roku i sam potrafi się tylko rozebrać i to tylko częściowo. Tak więc od jutra twardo zabieramy się do nauki ubierania.
A jednak telewizja nie tylko kłamie (mój brat zawsze to powtarza), ale i uczy ;)

Druga sprawa o której po prostu muszę napisać to treść reklamy gry..... chyba komputerowej, ale dokładnie nie wiem, bo zwróciłam na nią uwagę dopiero jak usłyszałam dziwną dla mnie formę i tu cytuję: "Wczuj się w postać doktor Housa".
I pytam mądrzejszych ode mnie.... dlaczego "doktor Housa", a nie "doktora Housa"?
Katapulto... pisz i wyjaśniaj ;)

Dobrej nocy życzę :)

środa, 3 lutego 2010

Urolog 2.02.2010

Dwa dni temu zauważyłam, że skończyły się Byśkowe tabletki...
Nie mogłam uwierzyć, bo z reguły mam duży zapas, ale najwyraźniej i najlepsze zapasy lubią się kończyć w najmniej spodziewanym przez nas momencie.
Zadzwoniłam więc do przychodni, żeby się upewnić, czy nasza Pani urolog przyjmuje (bo ostatnim razem urlop miała i przyjmowała nas nefrolog) - nie lubię jeździć na darmo.
Tym bardziej, że śnieg w ilościach zadziwiających mnie, wciąż (co też mnie dziwi) leży na ulicach i chodnikach.... a co za tym idzie, ciężko jest gdziekolwiek zaparkować teraz.
Więc po wyczerpujących (z panią Basią... ) ćwiczeniach pojechaliśmy po "moje tabetki"...

W przypadku naszej Pani urolog czekanie mnie nie irytuje, bo przychodzimy zwykle "spoza listy zarejestrowanych" i wiem, że zawsze! zostaniemy przyjęci.
Nie pamiętam, czy wcześniej wspominałam o tym, że jest to lekarz z gatunku: przede wszystkim dobry człowiek, a dopiero potem dobry lekarz...

Zawsze jesteśmy przyjęci i zawsze z uśmiechem na ustach
Pani doktor zna Krzysia od urodzenia prawie i jak mi dzisiaj powiedziała, z ogromną radością obserwuje jego postępy i rozwój.

I tak...
Ciśnienie w porządku, pęcherz i nerki w porządku!!! To najważniejsze.
Możemy zmienić dawkowanie Furaginy na mniejsze (od urodzenia Krzysiol ją bierze) ze względu na to, że od ponad 2 lat nie miał ZUMu... (zakażenie układu moczowego). Zobaczymy, czy będzie w stanie utrzymać się nadal bez zakażeń, jeśli nie będzie miał stałego "zabezpieczenia".
Oczywiście będą sytuacje, w których będę zmuszona powrócić do poprzedniej dawki, ale bardzo się cieszę, bo zależało mi na tym. Skoro nic się nie dzieje, to chcę, żeby organizm odpoczął, a nie przywykł....
Dostaliśmy wnioski na pieluchy, cewniki i na..... turnus rehabilitacyjny (tak przy okazji).

Ponieważ nasza Pani jest też chirurgiem (kontrolowała na początku Byśka wodogłowie), może wystawić nam skierowanie na MR czyli rezonans magnetyczny głowy, który musimy zrobić przed jesienną kontrolą u neurochirurga w CZD.
Przy okazji uzmysłowiła mi, że nie warto robić teraz MR kręgosłupa, nad którym ja wciąż rozmyślam, bo badanie bez przyczyny w takim wieku nic istotnego nie pokaże, a i tak nie da się zrobić na raz MR głowy i kręgosłupa, bo NFZ szpitalowi zapłaci tylko za jedno badanie...
Ja zastanawiam się na MR kręgosłupa, żebym miała jakieś porównanie, w momencie ewentualnego kotwiczenia rdzenia kręgowego....
Owszem, będziemy robić takie zdjęcie do porównania, ale jest na to za wcześnie. Jak Bysiek wejdzie w bardziej intensywną fazę wzrostu (ok. 4,5 - 5,5 lat) to badanie zrobimy. Wcześniej tylko jeśli będzie się coś działo. Uspokoiłam się trochę

Za to zaniepokoiła mnie informacja, że zaczynają się Byśkowi zapadać plecki w okolicy lędźwiowej..... Nie wiem, czy ma to jakiś związek z minimalnym garbikiem, którego Bysiek ma na bliźnie przepuklinowej. Kiedyś wydawało mi się, że ten garbik rośnie, ale myliłam się. Teraz Pani doktor zauważyła zmianę i kazała nam intensywniej ćwiczyć mięśnie brzucha, bo podobno to ma pomóc.
I ten niepokój jest dla mnie istotny, bo kurcze.... kręgosłup to nie byle co, jak się coś podzieje, to nie będzie wesoło. Brrr, nie chce mi się nawet o tym myśleć.

Poza tym wszystko jest dobrze. A jak jest dobrze, to nie jest źle.... prawda?


P.S. do wpisu "Zamknij się!"

Kupiliśmy kwiatka i czekoladki (kasa oczywiście z Byśkowej skarbonki) i poszliśmy na zajęcia do Ani.
Bysiek jeszcze w drzwiach przepraszał, że brzydko powiedział.... (ma szczęście )
Jednak przy wyjściu dał kolejny popis swoich możliwości, bo twardo usiłował wymusić poczęstowanie go, przyniesionymi czekoladkami.... a jakże!