niedziela, 28 lutego 2010

Co zrobiła Kaja?

Kilka z ostatnich dni, wieczorów i nocy spędziłam na przygotowywaniu... no właśnie. Ciekawe czy zgadniecie co robiłam.
Oczywiście wrzucam kilka zdjęć, które doprowadzą zainteresowanych do bardzo prostej w sumie odpowiedzi.
Zabawa, bo ciężko to nazwać pracą, bardzo przyjemna i taka, jaką ja bardzo lubię.
Duperelki, detale i trochę szczegółów, które według niektórych wymagają cierpliwości. Ja akurat do takich rzeczy cierpliwość mam. Lubię czasem wyszywać krzyżykiem, czasem szydełkuję, a czasem ze wstążki robię gwiazdki na choinkę....

Jedyne czego zdecydowanie bardzo do takich rzeczy mi brakuje, to zdolności plastyczne i wyobraźnia. Mam tragiczny deficyt tych dwóch cech i bardzo tego żałuję....
Ale cóż, są to cechy, których niestety nie da się zdobyć, ani nauczyć.

Dlatego jestem dobra w naśladowaniu. Potrafię coś wykonać, ale niestety najpierw muszę to coś zobaczyć, żebym zrobić mogła.

No więc tak.... (nie zwracajcie uwagi na jakość zdjęć, bo i tak mi wstyd)
Najpierw wzięłam papier - biały i zielony, w dwóch wersjach



Z białego wycięła kółeczka, o takie:



Z jednej wersji zielonego papieru wycięłam dość żmudnie małe listki



Zapomniałam dopisać, że kółeczka wycięłam w dwóch różnych rozmiarach, więc mam już taki zestaw:



Z drugiego zielonego wycięłam takie niby prostokąty i mamy już:



Wtedy większe kółeczka musiałam przeciąć na takie części:



Wiecie już co zrobiłam?

czwartek, 25 lutego 2010

Ciekawe, czy się uda?

Ponieważ bardzo chciałabym, żeby Bysiolek od września poszedł do przedszkola, chociaż na parę godzin dziennie.... zaczęłam się starać o potrzebne do tego celu papiery.
W naszym przypadku chodzi o zaświadczenie o potrzebie kształcenia specjalnego z poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Takie zaświadczenie w połączeniu z orzeczeniem o niepełnosprawności, daje możliwość skorzystania z kilku przywilejów... jeśli takowymi można je nazwać.
Otóż jeśli udałoby się zapisać Krzysia do grupy integracyjnej, to takie zaświadczenie potwierdza wymóg dodatkowego nauczyciela w grupie (tzw. nauczyciela wspomagającego) ale w grupie tej musi być minimum 3 dzieci z takimi zaświadczeniami.
Poza tym za "niepełnosprytnym" dzieckiem idą też do przedszkola dodatkowe pieniążki....
Problem w naszym przypadku polega tylko na tym że, w tym roku nie będzie miejsca w grupie integracyjnej.
Doznałam szoku, jak obdzwoniłam pół miasta i okazało się, że w Rzeszowie jest jedno przedszkole z jedną tylko grupą integracyjną, do której przyjmowane są dzieci (tylko 3 dzieci) raz na kilka lat (bo przez kilka lat w tym przedszkolu pozostają).

Rzeszów... miasto, które liczy około 170 tysięcy mieszkańców nie ma choćby jednego przedszkola integracyjnego z prawdziwego zdarzenia. Wstyd.

Czy oznacza to, że dzieci niepełnosprawne (chodzi mi głównie o niepełnosprawność ruchową) siedzą w domach do momentu pójścia do szkoły????
Bo fakt. Jest kilka miejsc, gdzie można zapisać dziecko z upośledzeniem umysłowym, ale pani z takiego przedszkola od razu mi powiedziała, że przypadki mają ciężkie i nie jest dobrym pomysłem, żeby w miarę prawidłowo rozwinięty dzieciak do nich chodził.
I ja wcale się tam z Byśkiem nie pcham, bo wiem, że korzystniejsze dla niego będą kontakty ze zdrowymi dziećmi.

Nic to. Na razie się nie stresuję za bardzo, tylko załatwiam wymagane dokumenty, a w międzyczasie będę próbowała wcisnąć gdzieś moje dziecię ;) Choćby na parę godzin i to z moją wizytą w międzyczasie, bo przecież cewnikowanie mamy, a tego nie zrobi nikt poza mną.... Ciekawe, czy kiedyś uda mi się do pracy wrócić....?

W poradni psych-ped już raz byłam, bo przeprowadzano ze mną wywiad wstępny, w którym musiałam zeznać jak to z Byśkiem od początku było, jak jest teraz i w sumie jaki jest on sam. Rzeczowa, rozsądna kobitka wyciągała ze mnie te informacje, a na przyszły tydzień zaplanowała spotkanie z Bysiolem. Zobaczymy co on wtedy pokaże.... już mnie to intryguje, bo wiem, że potrafi wiele ;)





A gada teraz tyle, że ja spisywać nie nadążam. Ale cieszę się, bo wiem, że to chwile i gadki, które nigdy więcej nie wrócą, ani się nie powtórzą. Więc co fajniejsze, to spisuję i wrzucam.
Dziś na przykład mowa o pieniądzach była.... z Olą i ze mną.

Bysiek - "Kupie sobie brumka za moje pieniąski"
Ola - "Nie kupisz, bo Ci braknie"
Bysiek - "To nic, to nic...... das mi swoje pieniąski!!!"

Bysiek - "Mamo, das mi pieniąski, zebym duzo miał?"
mama - "Nie mam pieniędzy, żeby Ci dać"
Bysiek - "To tatuś mi da...."
mama - "Pieniążków się nie daje tak sobie Byśku.... trzeba pracować, wtedy dostaje się zapłatę za wykonaną pracę... inaczej pieniędzy nie ma. Trzeba je zarobić"
Bysiek - "A zarobis mi????"

Koniec ferii Olkowych zbliża się milowymi krokami, ale już nam nie żal bardzo, bo pogoda raczej wiosenna jest, niż zimowa. Narty całkowicie odpadły, łyżwy i sanki też. Głównie w domu siedzimy, nie licząc atrakcji w postaci wyjścia na rehabilitację.
Ale w piątek dzieciaki na urodziny do "Wojtasów" idą, więc jest na co czekać :)

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko.

P.S. FasOli wypadł dziś kolejny z mlecznych zębów. To 9 z kolei, a następny już się kiwa. jak tak dalej pójdzie, to szczerbata do Komunii pójdzie ;)

sobota, 20 lutego 2010

Cisza

Uwielbiam siedzieć nocą w sieci....
Spokój, cisza, komputer i ciepła herbata. I choć spanie mnie czasem łamie ;) to i tak siedzę, bo kusi ta cisza.
Lodówka brzęczy (bo w kuchni przesiaduję nocą) i szumi wentylator komputera.
Dziś co prawda słychać jeszcze krople spadające na parapet, jakby co najmniej deszcz padał.
I myślałam, że nie pada, że to topniejący śnieg daje znać co jakiś czas, że kończy się jego czas. A jednak to deszcz.... idzie wiosna?


Karnawał już się skończył, ale chcę jeszcze wrzucić fotkę Bysiolka przebranego za pajacyka.



Mimo iż na balu żadnym nie był, to z Fasolą przez parę dni wytrwale bawili się w przebieranki. Na szczęście dzieci mają ogromną fantazję i fakt, że Bysiek na bal nie szedł, Fasola wynagradzała mu z ogromną przyjemnością :)


Choć osobiście uwielbiam ciepło, a nawet gorąco, to chciałabym, żeby jeszcze do końca lutego mróz trzymał.
Ola ma ferie i miałaby jeszcze możliwość skorzystania z takiej prawdziwie zimowej aury, gdyby ta jeszcze wytrwała. Tym bardziej, że zdrowie nam dopisuje w tym sezonie bardzo. Kilka razy pojawił się katar, ale praktycznie to wszystko. Dzieciaki trzymają się, aż miło.

A szansa na utrzymanie się zimy była.....
Bo ostatni atak zimy sparaliżował (dosłownie) nasz Rzeszówek, że hej!
W niedzielę jak wyglądnęłam za okno, nie chciało mi się wierzyć w to, co zobaczyłam. Nie pamiętam kiedy było tyle śniegu na raz.... takiego leżącego sobie spokojnie, nieodgarniętego, jakby chciał pokazać jaki to on ważny jest. I kurcze, pokazał swoją ważność. Z parkingu pod blokiem nikt nawet nie próbował wyjechać, tylko czekano do poniedziałkowego ranka, kiedy to koparka przyjechała z odsieczą.

Moje dzieci były szczęśliwe, że mogą odśnieżać wejście do klatki



W tygodniu, kiedy zrobiło się ciut cieplej, w każdym możliwym miejscu zaczęły tworzyć się sople. Wybaczcie jakość zdjęć, ale było już popołudnie jak zobaczyłam, że na naszej antenie wiszą dwa niezłe okazy ;)





Niestety dziś już ani sopli nie ma, ani śniegu do odśnieżania. Jedyne co zostało, to woda na ulicach i chodnikach.... chyba gumiaki muszę sobie sprawić ;)

Ale dla poprawienia nastroju (jeśli komuś popsułam) wrzucę jedną z ostatnich "gadułek" Byśkowych:

mama - "Krzysiu, jak zjesz całą zupę, dostaniesz na deser bałwanka czekoladowego"
Bysiek - "Ale mi zalaz bzuch pęknie. Pac jaki mam wielki bzuch!"
mama - "Mało co zjadłeś..."
Bysiek - "Ale juz nie mieści mi sie nic"
mama - "No to bałwanka nie będzie"
Bysiek - "No ale, nie mieści mi sie nic..... eeeee, mieści mi sie tylko bałwanek!!!!"

Życzę Wam udanego weekendu :)






niedziela, 7 lutego 2010

Gadulce

mama - "Olesiu, źle nastawiłaś sobie budzik i obudził Krzysia i mnie, jak pojechaliście na narty...."
Ola - "Aaaaa, to dlatego nie zadzwonił rano..."
Bysiek - "Cale nie ubudził mnie budzik...."
mama - "To dlaczego wstałeś tak wcześnie?"
Bysiek - "Bo mnie ubudził......"
mama - "Co Cię obudziło?"
Bysiek - "No..... ten.... ten..... INTELNET!!!!"



mama - "Byśku, zrobiłeś kupkę?"
Bysiek - "Nie...."
mama - "Oj, chyba jednak tak, bo coś śmierdzi"
Bysiek - "Bo to, mierdzi...... jakiś...... dym.... na pewno!"
mama (śmiejąc się jasna sprawa) - "To ja na wszelki wypadek sprawdzę"
Bysiek - "I co... lobiłem?"
mama - "Nie, jednak nie zrobiłeś"
Bysiek - "Moze to tylko bonek był" (na wszelki wypadek wyjaśnię, że "bonek" to bąk)


Siedzę tak tu sobie, grzebię w sieci, a w tle brzęczy mi telewizor.... Durne reklamy, poradnikowe programy i różne takie.
Siedzę i ze zdziwienia wyjść nie mogę.
Ileż to można się ciekawych informacji nasłuchać.

Dowiedziałam się na przykład tego, że krzywdę robię Byśkowi, bo sama go ubieram....
Dało mi to do myślenia... a jakżeby inaczej.
No fakt. Ma prawie 3,5 roku i sam potrafi się tylko rozebrać i to tylko częściowo. Tak więc od jutra twardo zabieramy się do nauki ubierania.
A jednak telewizja nie tylko kłamie (mój brat zawsze to powtarza), ale i uczy ;)

Druga sprawa o której po prostu muszę napisać to treść reklamy gry..... chyba komputerowej, ale dokładnie nie wiem, bo zwróciłam na nią uwagę dopiero jak usłyszałam dziwną dla mnie formę i tu cytuję: "Wczuj się w postać doktor Housa".
I pytam mądrzejszych ode mnie.... dlaczego "doktor Housa", a nie "doktora Housa"?
Katapulto... pisz i wyjaśniaj ;)

Dobrej nocy życzę :)

środa, 3 lutego 2010

Urolog 2.02.2010

Dwa dni temu zauważyłam, że skończyły się Byśkowe tabletki...
Nie mogłam uwierzyć, bo z reguły mam duży zapas, ale najwyraźniej i najlepsze zapasy lubią się kończyć w najmniej spodziewanym przez nas momencie.
Zadzwoniłam więc do przychodni, żeby się upewnić, czy nasza Pani urolog przyjmuje (bo ostatnim razem urlop miała i przyjmowała nas nefrolog) - nie lubię jeździć na darmo.
Tym bardziej, że śnieg w ilościach zadziwiających mnie, wciąż (co też mnie dziwi) leży na ulicach i chodnikach.... a co za tym idzie, ciężko jest gdziekolwiek zaparkować teraz.
Więc po wyczerpujących (z panią Basią... ) ćwiczeniach pojechaliśmy po "moje tabetki"...

W przypadku naszej Pani urolog czekanie mnie nie irytuje, bo przychodzimy zwykle "spoza listy zarejestrowanych" i wiem, że zawsze! zostaniemy przyjęci.
Nie pamiętam, czy wcześniej wspominałam o tym, że jest to lekarz z gatunku: przede wszystkim dobry człowiek, a dopiero potem dobry lekarz...

Zawsze jesteśmy przyjęci i zawsze z uśmiechem na ustach
Pani doktor zna Krzysia od urodzenia prawie i jak mi dzisiaj powiedziała, z ogromną radością obserwuje jego postępy i rozwój.

I tak...
Ciśnienie w porządku, pęcherz i nerki w porządku!!! To najważniejsze.
Możemy zmienić dawkowanie Furaginy na mniejsze (od urodzenia Krzysiol ją bierze) ze względu na to, że od ponad 2 lat nie miał ZUMu... (zakażenie układu moczowego). Zobaczymy, czy będzie w stanie utrzymać się nadal bez zakażeń, jeśli nie będzie miał stałego "zabezpieczenia".
Oczywiście będą sytuacje, w których będę zmuszona powrócić do poprzedniej dawki, ale bardzo się cieszę, bo zależało mi na tym. Skoro nic się nie dzieje, to chcę, żeby organizm odpoczął, a nie przywykł....
Dostaliśmy wnioski na pieluchy, cewniki i na..... turnus rehabilitacyjny (tak przy okazji).

Ponieważ nasza Pani jest też chirurgiem (kontrolowała na początku Byśka wodogłowie), może wystawić nam skierowanie na MR czyli rezonans magnetyczny głowy, który musimy zrobić przed jesienną kontrolą u neurochirurga w CZD.
Przy okazji uzmysłowiła mi, że nie warto robić teraz MR kręgosłupa, nad którym ja wciąż rozmyślam, bo badanie bez przyczyny w takim wieku nic istotnego nie pokaże, a i tak nie da się zrobić na raz MR głowy i kręgosłupa, bo NFZ szpitalowi zapłaci tylko za jedno badanie...
Ja zastanawiam się na MR kręgosłupa, żebym miała jakieś porównanie, w momencie ewentualnego kotwiczenia rdzenia kręgowego....
Owszem, będziemy robić takie zdjęcie do porównania, ale jest na to za wcześnie. Jak Bysiek wejdzie w bardziej intensywną fazę wzrostu (ok. 4,5 - 5,5 lat) to badanie zrobimy. Wcześniej tylko jeśli będzie się coś działo. Uspokoiłam się trochę

Za to zaniepokoiła mnie informacja, że zaczynają się Byśkowi zapadać plecki w okolicy lędźwiowej..... Nie wiem, czy ma to jakiś związek z minimalnym garbikiem, którego Bysiek ma na bliźnie przepuklinowej. Kiedyś wydawało mi się, że ten garbik rośnie, ale myliłam się. Teraz Pani doktor zauważyła zmianę i kazała nam intensywniej ćwiczyć mięśnie brzucha, bo podobno to ma pomóc.
I ten niepokój jest dla mnie istotny, bo kurcze.... kręgosłup to nie byle co, jak się coś podzieje, to nie będzie wesoło. Brrr, nie chce mi się nawet o tym myśleć.

Poza tym wszystko jest dobrze. A jak jest dobrze, to nie jest źle.... prawda?


P.S. do wpisu "Zamknij się!"

Kupiliśmy kwiatka i czekoladki (kasa oczywiście z Byśkowej skarbonki) i poszliśmy na zajęcia do Ani.
Bysiek jeszcze w drzwiach przepraszał, że brzydko powiedział.... (ma szczęście )
Jednak przy wyjściu dał kolejny popis swoich możliwości, bo twardo usiłował wymusić poczęstowanie go, przyniesionymi czekoladkami.... a jakże!

niedziela, 31 stycznia 2010

Kolejny krok

Tak sobie myślę właśnie, że dobrze by było dodać do istniejących już etykiet tego bloga taką, która opowiadałaby o tym, co dla Byśka jest totalną nowością.
Tak. Będzie nosiła tytuł "po raz pierwszy..." i będzie w sobie kryła nowe doświadczenia w życiu Krzysia.
Ciekawe tylko do czego nas te kolejne Bysiolowe doświadczenia w rezultacie doprowadzą . Ale nie wyprzedzajmy faktów, bo tak czy siak.... czas nam pokaże, co ma dla nas w zanadrzu.

To, co dziś piszę, jest ewidentnym debiutem.
Krzyś kolejny raz mnie zaskoczył i to mile w dodatku... (na szczęście nie tak jak w poprzednim poście )
Pojechaliśmy (jakiś tydzień temu) do Przemyśla na narty.
To znaczy na narty jechała Ola z Markiem, ale tak sobie pomyśleliśmy, że narty mogę wziąć i ja i przez godzinkę mogę kilka razy zjechać. Pożyczyliśmy sprzęt też dla Byśka (bo ciągle marudził: "ja tes ciałem jechać na martach"), mając świadomość, że jego chęć spróbowania tego sportu wynika z czystej ciekawości i nie liczyliśmy na wiele.

No i rozsądnie, bo o ile chodzić się da na nogach, które ciężko zmusić do współpracy, to jazda na nartach jest wyczynem wręcz nieosiągalnym przez wzgląd właśnie na to nieposłuszeństwo nóżek. Oczywiście na etapie w jakim obecnie jest Krzyś. Bo wiem, że na nartach jeżdżą ludzie np. bez jednej nogi.... Tyle tylko, że Bysiek jest małym jeszcze dzieckiem i to "niepełnosprytnym" w dodatku
No ale pomijając to wszystko, to najważniejsze, że jak już udało się go zakuć w sprzęt, to nadal miał ochotę spróbować o co biega w nartach.
Gdybyśmy mieli pojechać w jakieś inne miejsce, to nie byłoby to już takie proste do zrealizowania, jak w Przemyślu. Bo tam, po godzinie na stoku, zabrałam Byśka do auta i pojechaliśmy do mojej kochanej rodzinki , gdzie spędziliśmy spokojnie resztę dnia czekając w ciepełku aż się Ola z tatusiem najeżdżą.

Kilka fotek...

Całkowity debiut. Pierwsza fotka na nartach, jeszcze pod babci domem.




Najważniejsze, to się nie nudzić na stoku




Tatuś tłumaczy co i jak...




A tu... to normalnie jakby jeździł notorycznie.... he he he.
Takie fotograficzne przekłamanie, bo kto jeździ na nartach, ten zauważy, że ustawienie ciała ma takie, że zaraz w śniegu wyląduje....




.... i słusznie, bo już leży




Mój uśmiechnięty narciarz...




i obydwoje




No i nie mogłam się wprost powstrzymać przed wrzuceniem krótkiego filmiku ze stoku... (tylko nie śmiać się z tego, że Marka popędzam, bo kończył mi się czas nagrywania).



Cieszę się z każdej nowej rzeczy, której Bysiek może spróbować, bo to jest najlepszym dowodem na to, że mimo ograniczeń..... po prostu..... można!

I przy każdej takiej okazji, łzy z radości mi w oczach stają.... i kocham życie .


środa, 27 stycznia 2010

Zamknij się!

Niezły tytuł... co nie?
A było to tak.

We wtorek byliśmy na rehabilitacji u pani Basi, która twardo wymaga od Byśka współpracy i tego, żeby po prostu ćwiczył porządnie.
Ale Bysiek ćwiczyć nie lubi. I nie pomaga mu tłumaczenie, że musi, że trzeba, że żeby mógł chodzić i grać w piłkę, to trzeba ćwiczyć.... Nie i już!
I coraz gorzej idą nam ćwiczenia. Krzysiek walczy, ryczy, kładzie się i jak tylko może ucieka z rąk pani Basi. Ja się denerwuję, pani Basia wysila, a on wyje.
Masakra dosłownie.
No i we wtorek tak się wściekał, że aż przyszły do sali dwie inne Byśkowe rehabilitantki... pani Madzia (też od ćwiczeń) i ukochana pani Ania (od zajęć pedagogicznych). Ania jest ukochana, głównie dzięki temu, że u niej nie trzeba ćwiczyć, tylko robić zadania.... ale i dzięki jej podejściu do dzieci.
Obydwie panie usiłowały namówić Krzysia do wykonania ostatniego ćwiczenia, bez krzyku, ale nie udało się. Poszły do siebie, a my wreszcie mogliśmy się ubierać i wyjść na korytarz... bo ja miałam już serdecznie dość całej tej sytuacji.
Na korytarz wysunęła ze swojego gabinetu głowę pani Ania, żeby pokazać Byśkowi jak się puszcza "zajączki" ze słońca.... Podobały się. Śmiał się i oglądał zachwycony. Wreszcie powiedział do mnie:

Bysiek - "Idziemy"
pani Ania - "Krzysiu, do domku już idziesz?"
Bysiek - "Nie! Do Wojtasów!
pani Ania - "Gdzie??" i tu nastąpiła cisza... więc znowu
pani Ania - "Gdzie idziesz Krzysiu?" a na to, mój ukochany, grzeczniutki synek do swojej ulubionej Ani....
Bysiek - "Zamknij się!"

Byłam w szoku. Takim prawdziwym szoku, bo nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło coś takiego. Do nikogo. Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, ale nie. Niestety nie.

15 minut siedziałam na korytarzu usiłując wymusić na nim, przeprosiny.... Na nic. Wyszłam wściekła i w aucie się poryczałam.
Nie z faktu, że tak powiedział, bo wiem, że miał dość, był zły że musiał ćwiczyć, pewnie zmęczony i w ogóle...
Wściekła byłam na to, że moje dziecko ma problemy z "zaczarowanymi" słowami. Bardzo ciężko przechodzą mu przez usta: "proszę", "dziękuję", "przepraszam" i nawet ciężko jest z "dzień dobry" i "do wodzenia".
Rozpaczam nad tym, bo przechodzę to samo drugi raz.... bo jest to jedna z niewielu cech, która jest wspólna dla moich dzieci. Z Olką miałam i w sumie nadal mam ten sam problem. Ciężko się przeprasza.
Usiłuję tłumaczyć, że nie trzeba się wstydzić przepraszania..... wstydzić się trzeba tego, co się źle zrobiło. Nie przemawia to do nich.

Dziś Bysiek wie, że musi Ani kupić kwiatka i czekoladki (z własnych pieniążków) i musi powiedzieć "przepraszam", ale czy będzie w stanie to zrobić.....? Nie wiem. Ale napiszę Wam końcem tygodnia ;)

No. Wygadałam się i już mi lepiej... a teraz spadam, bo muszę na wywiadówkę Oli iść.

sobota, 23 stycznia 2010

Ortopeda... pospieszny

Hmmm, zacznę od tego, że właśnie wpisując tytuł posta zaglądnęłam do słownika, bo od jakiegoś już czasu nurtowało mnie, jak to z tym słowem jest... "pospieszny", czy też może "pośpieszny"?
I sama nie wiem, które z tych słów jest mi bliższe, powiedzmy sercu.

Czasem posługuję się tym, a czasem tamtym. I jak właśnie wyczytałam w mądrej książce... obydwie formy są poprawne. Ha! I dobrze.

Tak więc u nas ortopeda dziś pospieszny będzie opisany, a nie pośpieszny. A co...?
I w zasadzie powinnam napisać "spóźniony, więc pospieszny". Bo dokładnie tak to było.
Mieliśmy z Krzysiem być na 10.30 w przychodni, a do gabinetu weszliśmy o 12.55.
I w tym miejscu znowu dziękuję Ani, która na szczęście miała wtedy dyżur w szpitalu, za to, że poratowała nas jajkiem niespodzianką, drożdżówką i gazetą z Bobem Budowniczym... bo nie wiem, czy Bysiek długo by wytrzymał, gdyby nie to jajko .
Ale dotrwaliśmy.
Nie mogłam odpuścić, bo w zasadzie pojechaliśmy do dr Sneli głównie po termin planowanego zabiegu operacyjnego na tą Bysiolową nieszczęsną nózię.





Weszliśmy, zaczęłam Bysia rozbierać, a doktor powiedział: "najbliższy wolny termin?".
Ja na to: "może być, bo chciałabym zdążyć z powrotem do formy przed wakacjami...".
Oglądnął nogi i powiedział, że po korekcji stopa powinna być ustawiona prosto.

Zapytałam o kolano, które też jest w nieprawidłowym ułożeniu, to usłyszałam: "nie poprawi się kolano, jak skorygujemy stopę".
Byłam w szoku, bo przecież w grudniu na wizycie prywatnej twierdził coś innego (tutaj możecie poczytać) i chyba ten szok spowodował, że zamilkłam i o nic już nie zapytałam.... Jak wyszłam z gabinetu, to byłam wściekła na siebie. Zachowałam się jak kretynka, zdominowana przez lekarza, któremu nie chce się niczego tłumaczyć i chce się jak najszybciej pozbyć pacjenta z gabinetu.
I dosłownie, tak pospiesznie wizyta wyglądała, że nawet z gabinetu wyszłam z nieubranym Byśkiem. Aż brzydko mi się chce napisać....

Termin więc mamy. Na 19 marca.
A ja wciąż pewna nie jestem, czy dobrze robię.
Tyle niewiadomych, brak gwarancji powodzenia zabiegu, obawa.... a jeśli nie wstanie po... i nie będzie chodził?
Wiem, że wózek, to nie koniec świata i nie myślę o tym w ten sposób, ba! nawet rozpowiadam wszystkim wokół, że jak Bysiu będzie starszy, to będzie grał w kosza na wózku w drużynie Start Rzeszów... ale jeśli nie będzie chodził, będzie to tylko moja wina. Bo przecież nie lekarzy. Oni tylko podpowiadają w takich sytuacjach. To nie jest operacja ratująca życie, tylko poprawiająca jego stan... W takich sytuacjach decyzję podejmują rodzice. Masakra.

Więc, żeby się za bardzo nie stresować, myślę o tym, że ta operacja wcale nie jest jeszcze pewna. A to dzięki systemowi lecznictwa i NFZ, przez które wiele podkarpackich szpitali nie podpisało do dzisiejszego dnia kontraktów na leczenie i zabiegi od marca 2010 roku. Do końca lutego szpitale działają na ubiegłorocznych zasadach, a ponieważ kasa skończyła im się już w październiku chyba, to zabiegów planowanych i tak nie wykonują.... jaja jak berety. Dosłownie.
I tak sobie myślę, że może sytuacja sama się rozwiąże i nie będę musiała już decyzji podejmować . Po prostu los sam zadecyduje....
Nie no, mam nadzieję, że przemyślę kolejny raz wszystkie za i przeciw i podejmę decyzję jaką powinien podjąć dorosły człowiek. Zobaczymy. Jest jeszcze dwa miesiące prawie.


Pozdrawiam wszystkich czytających i podczytujących....

czwartek, 14 stycznia 2010

"Straszny Sylwester"

Ponieważ jest już niemal połowa stycznia, to czas chyba zamknąć stary rok odpowiednią ku temu notką

Ponieważ do Wigilii mieliśmy w domu bajzel ogromny, to jakoś specjalnie nie myśleliśmy o Sylwestrze.
Tym bardziej, że odkąd Ola na świecie się pojawiła, spędzamy ten dzień w domowych pieleszach (najczęściej własnych) czasem ze znajomymi, a czasem tylko we własnym gronie.
Mieliśmy zaproszenie do Niezwykłej Asi, ale z niego nie skorzystaliśmy. Tak wyszło.

Więc jak już święta minęły i można było już wyczuć w powietrzu koniec roku, to zaczęło nas "nosić" jak to nas po prostu. I rozmawiając z Kasią P. na dwa dni przed Sylwestrem, stwierdziłyśmy, że skoro dzieciaki zdrowe, to fajnie byłoby się spotkać z takiej okazji.
Olka i Bysiek oszaleli z radości, a ja aż drżałam na myśl, że w ostatniej chwili coś wypadnie i jednak nie dojdzie do wyjazdu.
Ale udało się.
Mimo iż Kasia się przeziębiła, a w sobotę i Igor miał już gorączkę. Kasia stwierdziła, że Sylwester był straszny... "mam grypę i Kaję...coś strasznego!" Kto mnie zna, ten wie, że w takim przypadku, to nie wiadomo co lepsze...
Dla nas weekend był spoko. Zwłaszcza dla dzieciaków, które jak żyją chyba nie były tyle razy na śniegu w ciągu trzech dni, bo śniegu było baaaardzo dużo.
Fakt, Kasia była ledwo przytomna i trzymała się w zasadzie dlatego, że byliśmy, więc chyba lepiej dla niej byłoby gości wtedy nie mieć. Ale takie rzeczy ciężko przewidzieć, więc wyjścia nie miała...przeżyła.
W noc Sylwestrową młodsi chłopcy padli szybciutko, a starszaki trzymały się jak mogły.... Witek 15 minut przed północą się poddał i tylko Olka witała z nami 2010 rok. A godzinę później wymiękła reszta, więc z butelką dobrego "szampana" spokojnie oglądnęłam fajny filmik

Zdjęcia są oczywiście tak więc wybrałam kilka i pokazuję...

W oczekiwaniu na fajerwerki



Dwa śniegowe "Niezwyklaki"



Bysiek śniegiem atakował sztuczne ognie



Noworoczny toast, którego nie wznosił Bysiek, bo bąbelki lubi tylko w wannie...





"O rany"



Gitarowe trio