środa, 11 sierpnia 2010

9 lat temu...

Pisałam kiedyś, że jak się zbiorę w sobie i przeglądnę moje wspomnienie z tamtego dnia, to opiszę Wam o tym jak to na świat przyszła fasOla. A było to dokładnie 9 lat temu

11 sierpnia 2001 (sobota)

Byłam w 9 miesiącu ciąży z terminem na 30 sierpnia.
Noc minęła spokojnie, ale od rana pobolewał mnie brzuch... Zjadłam wafelka (bo obżerałam się nimi przez całą ciążę - do dziś bardzo to lubię ) i poszłam do łazienki. Zanim z niej wyszłam stwierdziłam, że odchodzą mi wody, bo coś bezwolnie się ze mnie wylewa.
Jednak była to krew... krew w bardzo dużej ilości. Ciężko to opisać, ale pamiętam, jak chwilę później przerażona rozmawiałam z mamą przez telefon, a pode mną na podłodze powiększała się kałuża krwi.

Zadzwoniłam do położnej, która miała być przy porodzie i zgodnie z jej poleceniem zabrałam dokumenty, najważniejsze rzeczy i pognaliśmy do szpitala...
Marek był w pracy, więc kierował jego brat Krzysiek (Łysy).
Brzuch bolał mnie coraz bardziej (pewnie był to wynik stresu), więc głaskałam się po nim cały czas przemawiając do dzidziusia, ze już blisko jesteśmy.
Dojechaliśmy i w zalanej krwią sukience stawiłam się na izbę przyjęć. Tam (dziś mam takie doświadczenie, że śmiało mogę napisać), taki niespieszny standardzik... "dużo krwi?... jeśli ma pani swoją koszulę, to proszę się przebrać i poczekać".

Dziś zastanawiam się jak ja mogłam być taka durna, że tak grzeczna byłam i spokojna?
Toż to nie ja!

Ale wtedy chyba strach mnie za gardło złapał, bo grzecznie odpowiadałam na pytania i przebrałam się we własną koszulinę.
Dopiero jak spod tej koszuliny płynącą krew pani zobaczyła, to od ręki zawiozła mnie na patologię ciąży.
Łysy wtedy zadzwonił do Marka, że jesteśmy w szpitalu i nie jest dobrze.

Na górze, już tej powolności nie było. Tam, to kurcze... pełna ekspresowa obsługa - jedna babeczka założyła mi cewnik, inna wenflon, inna już mnie goliła, bo lekarz który trąbkę do brzucha mi przyłożył, wrzasnął: "dziecko jeszcze żyje... szybko tniemy". I już byłam na wózku, którym pojechałam na "zieloną salę". Znaczy się sala biała była, ale wszyscy ludzie, którzy się tam miotali, ubrani na zielono byli i jak wstrzyknięto mi coś w wenflon, to jeszcze na twarz położono mi zieloną szmatkę... i z porodu pamiętam tyle.

Rozbudzali mnie długo i bardzo długo nie mogłam dojść do siebie. Jak pytałam o dziecko, to pielęgniarki mówiły mi, że informacji może udzielić tylko neonatolog, bo im nie wolno. Zatkało mnie.
Wreszcie przyszedł lekarz. Powiedział, że przedwcześnie odkleiło mi się łożysko, dlatego wykonali CC i że o 11.35 urodziłam córkę w ciężkim stanie... nie oddychała. Musieli ją intubować i reanimować (bo ustała czynność serca), ale jest stabilna i leży w inkubatorze, dlatego nie mogę jej zobaczyć. Czy będzie dobrze? To powiedzą po 24 godzinach.

Przez 9 miesięcy ciąży wszystko szło dobrze. A tu nagle trach! Co do diabła?

Pokazano mi Olesię na krótką chwilę, żebym potwierdziła głośno, że urodziłam córeczkę... he he he... pamiętam to jak dziś. Rozpięła jej pielęgniarka pieluchę i kazała mi głośno! powiedzieć, że to dziewczynka. Byłam wtedy jeszcze bardzo słaba, głównie spałam i pamiętam jak przez myśl mi przeleciało, że skoro każą mi to głośno powiedzieć, to może ja jednak urodziłam chłopca???
Ale to na prawdę była dziewczynka
Łysemu nie udzielono żadnej informacji, "bo mężem nie jest", a Markowi jak dotarł do szpitala, powiedziano:
"Żona przyjechała do szpitala w stanie ciężkim, zrobiliśmy cesarkę.... dziecko było reanimowane i intubowane, ale coś więcej będzie można powiedzieć po dobie. Na temat żony będziemy mogli coś powiedzieć dopiero za parę godzin jak się wybudzi, teraz nic więcej nie wiadomo".
Moja mama miała w szpitalu koleżankę, więc mogli dowiedzieć się czegoś więcej i bardziej na bieżąco. Ale sytuacja była już całkiem opanowana.
Z łóżka wstałam z pomocą pielęgniarki w niedzielę o 20. Ledwo wstałam, ale wzięłam prysznic (taboret tam był więc dałam radę) i próbowałam zająć się fasOlinką, która już jak zdrowiusieńki noworodek leżała w wózeczku szpitalnym.
W nocy z poniedziałku na wtorek, już cały czas była przy mnie... a ponieważ ja nie byłam w stanie jej wsadzić z powrotem do wózeczka, to całą noc dyndała mi przy piersi... tak jej zostało do 9 miesiąca życia .
Chyba najlepsze co pamiętam z pobytu w szpitalu, to ziemniaczki z pulpecikami w sosie i marchewką, czyli wtorkowy obiadek, który dostałam po 3,5 dniach ścisłej głodówki..... Boże jaka ja byłam tam głodna. I był to jedyny mój tam posiłek, bo po obiadku tego właśnie dnia zostałyśmy wypisane do domu.
Przy każdej wizycie lekarze powtarzali mi, że miałyśmy bardzo dużo szczęścia i że jestem jedną z nielicznych, którym udało się na czas dojechać do szpitala i przeżyć wraz z dzieckiem odklejenie łożyska.
Ginekolog, u którego byłam kiedyś na wizycie i powiedziałam mu o odklejeniu, zapytał czy moje dziecko żyje... bo, w takiej sytuacji ratuje się życie matce, a jeśli jest jeszcze szansa, to wtedy ratuje się dziecko.

Dziękuję Panu Bogu, że obie z Olą żyjemy i Krzyśkowi, bo dowiózł nas na czas....

P.S. 1
Najbliżsi mi, mówili że to co się wtedy stało, było bardzo dramatyczne, ale ja nie odczuwałam nic poza tym, co opisałam.
Nie byłam świadoma zagrożenia życia, ani mojego, ani Oli.
Nie byłam świadoma tego, że mogę nigdy więcej nie zobaczyć osób które kochałam, ani tego, że przez parę godzin moi bliscy w ogóle nie wiedzieli, czy obie z Olą będziemy żyły...

P.S. 2
Ola skończyła dziś 9 lat. Na początku swojego życia była rehabilitowana i kontrolowana przez kilku specjalistów, bo po przyjściu na świat miała 1 punkt w skali Apgar.
Czasem ciężko mi uwierzyć, że taka "sierotka" jest babą jak się patrzy, a Bysiol - dziecko "niepełnosprytne" punktów owych miał 8... He he he. Życie


Całusy Wam przesyłam.

5 komentarzy:

Ania pisze...

Mówiłaś o tym kiedyś..nie wiedziałam o reanimacji i intubacji.I też jakoś ciężko mi uwierzyć,że Ola taki start miała... to przecież chodzący armagedon jest!wszędzie jej pełno i z wszystkim poradzić sobie potrafi bez większych stresów :) (tego jej nawet troche zazdroszcze-takiego znacznego dystansu ) no i ten wasz wujek Łysy-superbohater..pelerynke mu trzeba uszyć chyba!taką obcisłą jak supermen ma :)
Bardzo sie ciesze,że wtedy wszystko potoczyło sie tak a nie gorzej.smutno by mi było nie mając teraz mojej ulubionej rumuńskiej rodziny :))))
ściskam i pozdrawiam :))
Szyszka:)))

Anonimowy pisze...

STO LAT dla Oli, a Tobie kłaniam się nisko... Tyś to przeszła... Az wierzyć się nie chce! Cieszy mnie strasznie, że wyszło jak wyszło i Ola Babą prawdziwą jest!
Całuski dla Waszej czwóreczki.
Ola

Anonimowy pisze...

Wielkie buziaki urodzinowe dla Fasoli.
K.

KajaS pisze...

Ale kochane jesteście :)
Aż mi cieplej się zrobiło... a życzenia Oli przekażę. Dziękuję.

Anonimowy pisze...

Wszystkiego najlepszego Olku twardzielku!!!

I Tobie też dzielna mamo :)
pozdrawiam
BasiaP