sobota, 5 czerwca 2010

SpoRoGór 4

Zacznę od tego, że od kilku lat, gdzieś tak między majem a czerwcem moja siostra Baśka, organizuje rajd tzw. "rodzinny". (Z ubiegłego rajdu relację można sobie przypomnieć o tu).
Ponieważ jednak z roku na rok chętnych na wyrwanie się z domów, pracy i szarości życia codziennego jest coraz więcej, to i rajd przestał być taki najbardziej "nasz".
To znaczy Baśki jest całkowicie, bo o wszystkim decyduje ona, ale rodzin zjeżdża się więcej i więcej jest osób, które widzimy po raz pierwszy....


W tym roku Baśka ogłosiła przed wyjazdem konkurs na nazwę dla tych naszych rajdów, tak żeby było ciekawie i wesoło. Było kilka fajnych propozycji, a wśród nich "SpoRoGór, czyli Spotkania Rodzinne w Górach", która najbardziej przypadła do gustu (szanownemu) Jury .

Tegoroczny "SpoRoGór" odbył się w Wetlinie w schronisku Piotrowa Polana w ubiegły weekend. W sobotę silniejsza część grupy zdobywała Małą Rawkę, a ta ciut słabsza Połoninę Wetlińską. Była też grupa, która dodatkowo poszła na Wielką Rawkę. Nistety z tych wędrówek zdjęć żadnych nie będzie, bo....

.... właściwie ten wpis powinnam zacząć od tego, że nas na tym wyjeździe nie było, ponieważ zdecydowaliśmy z Markiem, że skoro Bysiek ma nadal nogę w gipsie, to lepiej dla niego (i oczywiście dla nas) będzie zostać w domu.

Ale ponieważ pogoda była "optymistyczna" i tęskno i zazdrośnie nam było do całej reszty, która świetnie się bawiła, to postanowiliśmy dotrzeć na finał rajdu.
I wszystko byłoby super, gdyby nie nasze auto, które 40 km przed Wetliną odmówiło posłuszeństwa..... do tego stopnia, że po mnie i dzieci przyjechał znajomy, który zabrał nas do grupy, a Marek przez 5 godzin czekał na lawetę, którą pojechał do Rzeszowa . Auto do dziś sprawne nie jest, a o pieniądzach nawet nie chce mi się wspominać....

Ale ja z dziećmi do grupy zostałam dowieziona. Udało nam się dotrzeć na apel, którym rajd oficjalnie zakończono i na rejs po Solinie na który wypłynęliśmy z Polańczyka. Było bardzo fajnie, choć żal, że Marek musiał wtedy kiblować w samochodzie. Takie życie.

No więc fotki wrzucam z tego "ekspresowo-pechowego" wyjazdu

Czekamy na kogoś, kto zabierze nas z tego przymusowego postoju...

Image Hosted by ImageShack.us



"No i co ty Bartolini możesz o tym wiedzieć"

Image Hosted by ImageShack.us


Moja mama ze swoimi trzema wnukami: Kubą (Baśki), Krzysiem (moim) i malutkim Bartkiem (Mateusza).

Image Hosted by ImageShack.us



Polańczyk. Ola i Krzyś z babcią czekają na "statek".

Image Hosted by ImageShack.us



I na statku...

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us


Ależ tu jest ładnie...

Image Hosted by ImageShack.us


P.S.
Moja mama - Małgorzata Jarosińska jest autorką niedawno wydanego albumu "Rzeszów galicyjski w obiektywie Edwarda Janusza".
W najbliższy wtorek będzie spotkanie autorskie, więc jeśli ktoś ma ochotę i możliwość posłuchać trochę o historii Rzeszowa i o fotografii to zapraszam


A cała prawda o mojej mamie zawarta jest w jednym zdaniu opisującym autora z tyłu książki:
"Kocha książki, góry i dzieci"
(ciekawe tylko, dlaczego dzieci są na ostatnim miejscu ).


poniedziałek, 31 maja 2010

Kabele


W ubiegłą środę mieliśmy wizytę u naszej Pani dr urolog, ale przede wszystkim zaplanowane badanie urodynamiczne.
I tak... po tabletkach, które Bysiek bierze systematycznie od jakiegoś już czasu, pojemność pęcherza powiększyła się, co jest bardzo dobrą wiadomością, bo o to chodziło (miał niewielki pęcherz wysokocisnieniowy). Teraz objętość jest zdecydowanie większa, ale ciśnienie nadal bardzo szybko się zwiększa niestety.
Gdyby ciśnienie po napełnieniu pęcherza nie było wysokie, moglibyśmy zmniejszyć ilość dziennego cewnikowania. Jednak jest inaczej.
Tak więc lekarstwa zostają nam te same i w takich samych dawkach jak dotąd, ale nowością będą zabiegi elektrostymulacji.
Wcześniej pisałam troszkę o elektrostymulacji i o tym, że takie urządzenie mogliśmy zakupić. Czekaliśmy tylko na urodynamikę i ustawienie na aparacie odpowiednich parametrów przez urologa.
I przyznam się, że odrobię bałam się pierwszego zabiegu i tego jak Bysiek będzie to odczuwał, ale jest całkiem dobrze. Najpierw co prawda trochę się buntował i nie chciał nawet dać sobie przykleić elektrody, ale został pokonany i teraz już się nie buntuje....

Sam zabieg trwa u nas 20 minut i jest wykonywany 2 razy dziennie.
Elektrody Bysiek nosił 48 godzin, potem zdjęłam i założyłam następnego dnia. Chodziło o to, żeby jak najmniej zużył się klej na nich. I tak miało to wyglądać przez najbliższy miesiąc. Jednak na Bysiolu, który jest dziecięciem stosunkowo jeszcze niewielkim, te elektrody wyginały się i odklejały, więc nie bacząc na klej i zużycie, zakładam mu je teraz za każdym razem od nowa przed zabiegiem, a potem zdejmuję.
Siła, czy tam moc (nie znam się) tego prądu jest tak niewielka, że Bysiek prawie wcale jej nie czuje. Czasem tylko zdarza się, że mówi: "gilają mnie te kabele"....



Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us


Najważniejsze, żeby te "kabele" zadziałały odpowiednio, żeby było jeszcze lepiej niż jest. A co! ;) Ja w każdym bądź razie wierzę, że te zabiegi pomogą.

czwartek, 27 maja 2010

W gipsie wciąż ;)

Pustka w głowie, pisać mi się dziś nie chce, więc chociaż Wam pokażę jak Bysiek w gipsie wymiata....
A dr Snela kazał nam się przeprosić z kulami i może nawet balkonikiem, bo twierdził, że Krzyś nie da sobie teraz rady z chodzeniem.... he he he naiwny (na szczęście) ;)

Na filmie możecie także zauważyć, że Bysiek bardzo chętny do sprzątania jest... po mamusi oczywiście. Oprócz tego co tu słychać, najczęściej odpowiada: "nie chce sie mi", odwraca się i wychodzi... ;)




Wszystkich serdecznie pozdrawiam i obiecuję, że coś napiszę wkrótce....

piątek, 21 maja 2010

Komunia FasOli




Ponaglana troszeczkę, wreszcie dotarłam do kompa, sieci i bloga..... kto czyta, ten wie, że w ostatnią niedzielę w naszej rodzinie odbyła się uroczystość przyjęcia przez Olę Pierwszej Komunii Świętej.
Na drodze do spokojnego świętowania stanęło nam kilka mniej, lub bardziej znaczących przeszkód. Ale oczywiście mimo tych "choć", uroczystość Oleśki się odbyła . Dziś już na luzie mogę o tym pisać... he he he. Tak więc:
- u dziadków w dużym pokoju, gdzie miał być obiad jeszcze w piątek wieczorem na środku stał kibelek i szafka z umywalką... (jeśli nie pamiętacie - remont w toku),
- w sobotę zrobiłam mój piękny, wymarzony tort (próbny się nie udał), który w trakcie transportu do lodówki rozpłynął się i zjechał (odrobinkę tylko) na mój sweterek
- no i pogoda.... której komentować chyba nie muszę.... dodać mogę tylko na wesoło od siebie, że widok Fasoli przeskakującej przez kałuże w wysoko podkasanej albie (tak, że majtaski widać było ) wprost bezcenny .... żal tylko, że aparatu nie miałam hi hi hi.

W każdym bądź razie uroczystość przebiegła całkiem sprawnie. Do domu wskakiwaliśmy po deskach, bo błoto po kostki było, ale obiad podaliśmy w czasie przewidzianym i nawet tort udało się podać dzięki mojej mamie, która tak podkręciła lodówkę, że w efekcie tort prawie mrożony był... ale był!
Podobno wszystko było smaczne i żal nam tylko, że nie udała się kolacja, którą stanowić miała kiełbaska z ogniska... Nic to. Co się odwlecze, to nie uciecze.... ognisko przenieśliśmy na inny termin.
Mężczyźni zadowoleni byli z faktu, że mogą sobie spokojnie oglądnąć Kubicę, a dzieciaki (o dziwo) grzecznie bawiły się w udostępnionym im pokoju. Bałam się, że gorzej będzie, że dzieci będą się okropnie nudziły bez możliwości wyjścia z domu, ale na szczęście i one jakoś tak odruchowo dostosowały się do sytuacji.

Zdjęcia są oczywiście, choć z powodu pogody, niestety mizerne i w ilości zdecydowanie niewystarczającej moim upodobaniom. Bo ja to zdjęcia w plenerze lubię.... w zieleni, na trawce i w kwiatkach. Olesia nie ma ani jednego zdjęcia z nami, Byśkiem, dziadkami, czy chrzestnymi....
Dziś jednak jak widzę (w telewizji) jak ludzie w wielu miejscach naszego kraju walczą z powodzią i jej skutkami, osuwającą się ziemią, która ciągnie w dół ze sobą domy (całkiem jak na filmie katastroficznym), staje się to dla mnie zdecydowanie mniej istotne.


Czesanie przed....




Oleśka, to ta dziewuszka, która patrzy na otrzymany chlebek i ma najśliczniejsze pod słońcem rękawiczki... (moje ze ślubu )




Fotka z "białego tygodnia"




Nasze chłopaki




No i z tortem. Oczywiście jeśli się wpatrzycie, to zobaczycie mankamenty i rozlazłość tortu, ale na pierwszy "rzut oka", wygląda całkiem nieźle....






Bysiek z dwoma moimi chrześniakami.... Kubą i Szymonem - chłopaki w wersji na luzie już, bo bardzo koszul i krawatów nie lubią....




Bardzo lubię takie rodzinne "spędy", ale niezmiernie cieszę się, że jesteśmy już "po" i przyrzekliśmy sobie z Markiem solennie, że na Bysia Komunię kredyt weźmiemy i zamówimy lokal..... .

P.S.
Zdjęcia od fotografa dopiero dostaniemy i jeśli będzie coś godnego wrzucenia, to oczywiście dodam.

Wianek był z małych margerytek i konwalii. Robiony w kwiaciarni i odebrany 20 minut przed mszą św.

piątek, 7 maja 2010

Po szpitalu

Jesteśmy już w domu. Od wczoraj.
We wtorek zrobili Byśkowi badania, zdjęli gips (nie spodziewałam się, że od razu go zdejmą) i zrobili prześwietlenie.

Pani Halinka, która zdejmowała gips, zdziwiła się na widok "brzydkiej" rany, ale wytłumaczyłam, że teraz jest już naprawdę dobrze. Nic tam nie cieknie, widać że się goi. Powoli, ale jednak.

Noga bez gipsu jest na razie trochę grubsza, tak jakby na kościach, czy tam okostnej był jeszcze spory obrzęk, ale to ma się podobno powoli normować. Nie wiem tylko, czy w najbliższym czasie, czy dopiero po wyciągnięciu pozostałych drutów, czyli najwcześniej końcem roku....

Ale, co chyba najistotniejsze, jest zdecydowanie bardziej prosta niż była. Nie skręca się paskudnie i na oko nie widać żeby chciała to robić. Jednak dr Snela lojalnie uprzedził mnie, że to niestety może się wrócić. Nie zdziwił mnie, bo wiem od dawna, że skłonność do takich nawracających rotacji mają nóżki "przepuklinek".

Bysiek ma w sumie 2 cięcia i 2 dodatkowe "dziurki". Główne, to najbrzydsze/najrozleglejsze cięcie jest z przodu i biegnie do boku nóżki i ma długość max. 10 cm. Drugie jest prawie z tyłu nogi i jest niemalże niewidoczne, choć długie chyba na 5 cm. Te 2 wspomniane dziurki, to miejsce na podbiciu pięty, którymi wprowadzano te druty, które we środę mu wyjęto. Było czuć wyraźnie pod palcami coś twardego i wcale nie cienkiego.... brrr.
Ogólnie według mnie noga wygląda nieźle, choć sądząc po reakcji pani Halinki, mogłaby wyglądać o wiele lepiej .

Zrobiłam kilka zdjęć blizn i nogi, bo chciałam Wam pokazać, ale jak je zobaczyłam na kompie, to stwierdziłam, że są paskudne i absolutnie do publicznego pokazywanie się nie nadają...

Ale sam Bysiek szczęśliwy przez chwilę bez gipsu, jest jak najbardziej do pokazania, więc proszę bardzo:







I jeszcze bardziej szczęśliwy, bo przez jedną noc (od 21 marca) mógł spać tak, jak uwielbia, czyli na brzuchu z nogami "jak mu się zachce" ....




We środę rano, już o 7.45 zabrali go na blok operacyjny.... i po godzinie był znowu ze mną na sali.
Ale niestety znowu zakuty w gips na kolejne 6 tygodni .

Pocieszające jest to, że teraz gips jest do kolana i może swobodnie zginać nogę. Możemy także rozpocząć rehabilitację i próbować stawać na nogach i normalnie obciążać obydwie. Czyli jeśli Bysiek byłby w stanie utrzymać równowagę w tym gipsie, to może próbować chodzić .
Na razie marnie to wygląda, ale jest dwie doby od zabiegu, więc zobaczymy jak sprawy się rozwiną.
Cieszę się, że jesteśmy po i najważniejsze, że wszystko jest dobrze .

poniedziałek, 3 maja 2010

Do szpitala... znowu.

Ehhh.
Ja to taki typ jestem, że choć martwię się trochę jak to będzie z tym wyjmowaniem drutów, to najbardziej denerwuję się przed dotarciem do szpitala.... jak jestem już tam, to od razu staję się spokojniejsza.
Nie wiem dlaczego, ale tak ze mną jest.

Martwię się tak, jakbym miała nie zdążyć do pociągu co najmniej..... martwię się głupotami w stylu: czy wezmę co trzeba, gdzie łóżko dostaniemy, kiedy coś ustalą i takie tam.
Ale jak nas już "zakwaterują", to emocje trochę u mnie opadają. Więc już dziś, chciałabym, żeby to było jutro..., żebym już tam była.
Nie wiem, kiedy nas zapiszą na zabieg i jasne, że chciałabym bardzo, żeby to było zaraz we środę. Żebyśmy jak najszybciej mieli to z głowy i mogli ekspresowo do domu wrócić, żeby stresować się już tylko Komunią ;)

Więc po raz kolejny bardzo proszę o zaciśnięcie kciuków za Bysiolową nóżkę. I obiecuję, że jak tylko coś będziemy wiedzieć, to napiszę. :)

P.S.
Zapomniałam napisać, że upiekłam tort na próbę, przed Oli Komunią i... biszkopt nie wyrósł (Aniu nie śmiej się głośno), masa się zważyła, brakło mi owoców, a coś co miało na wierzchu tworzyć piękną gładką warstwę wyglądało, jak roztopiony żółty ser :)
Ach! Jaka zdolna jestem. ;)

środa, 28 kwietnia 2010

Wiosna przyszła :)

Długo nie pisałam, ale w zasadzie nie było o czym pisać, dlatego dziś dopiero (ociupinkę przez Anię ponaglana) zasiadłam do tej (wątpliwej jakości) twórczości własnej.

Najważniejsze: wszyscy wciąż i nieprzerwanie zdrowi jesteśmy i na razie (tfu, tfu, tfu) nie wygląda na to, żeby coś nas miało powalić na kolana. Ale nie rozpisuję się o tym, bo jeszcze los zechce dać mi nauczkę, za to że za bardzo się cieszę .

Noga Bisia wygląda całkiem dobrze według mnie, szwów mu nie wyjęto, bo stwierdzono całkiem słusznie zresztą, że bez sensu męczyć mu tą nogę teraz, skoro za tydzień idziemy na zabieg wyciągania części drutów.... wtedy te stare szwy usuną.
Noga i rana spoko, ale gips.... masakra w jakim jest stanie. Po prostu, najkrócej pisząc - Bysiek dał mu radę .
Ale tydzień wytrzymamy. Nie wiem tylko jaki długi i na jak długo założą ten kolejny gipsior...

Nie wiem, czy już pisałam, że dzięki ludziom o wielkich sercach i ich wpłatom na Bysia subkonto w Fundacji i wpłatom z 1% podatku, mogliśmy sobie pozwolić między innymi na zakup elektrostymulatora, który już od przyszłego miesiąca będzie służył do stymulacji Bysiolkowego pęcherza.
Bardzo mnie to cieszy, bo da mu to szansę na większą swobodę w "pieluchowo - cewnikowej" sprawie. Wierzę, że będzie lepiej kontrolował te sprawy.

Wiosna przyszła i choć niestety nie posiadam ogródka, w którym mogłabym podziwiać budzące się ze snu zimowego kwiaty i sadzić kolejne, to i tak bardzo mnie to cieszy.
Coraz cieplejsze powietrze, mniej ciuchów do wdzierania na dzieci i wózek inwalidzki..... to jest to! Bysiek bardzo szczęśliwy, że może samodzielnie szaleć , choć nie da się ukryć, że bardzo często mówi: "sam chcę chodzić, bo nóżka już zdrowa jest....".

Spacerek



taki kwiatuszek standardowy, ale Marek robił (w szoku byłam) więc musiałam wrzucić



i czapkę "zyzakową" mamy







Dowcip miesiąca:

Kaja - "Marek... co będziemy jeść na Komunii?"
Marek - "Co podadzą!"

I może nic śmiesznego w tym by nie było, gdybyśmy w lokalu mieli tą Komunię.... ale mamy ją u rodziców Marka i SAMI wszystko przygotowujemy

A jeśli o Komunii mowa, to.... sama nie wiem jak to wszystko ogarnąć.
Potrzebuję stołów i krzeseł na ogród, ławek, ogromnej dodatkowej lodówki, mniej stresu, dobrej pogody i sama nie wiem czego jeszcze....
Poza tym w domu Marka rodziców wciąż trwa remont, którego końca nie widzę nawet w snach....
Dziś szukałam kwiaciarni, która zrobi wianuszek z żywych kwiatów dla Olesi i cena z nóg mnie zwaliła.
Teraz Komunia to chyba faktycznie jest traktowana jak sprawdzian przed weselem . Ceny w rzeszowskich lokalach są podobnie wysokie i na każdym kroku można znaleźć zachęcających do wydania jeszcze większej ilości pieniędzy.

Tak więc staram się ograniczać bardzo, może nie do absolutnego minimum, ale tak chociażby w granicach rozsądku i możliwości finansowych naszej rodziny .





sobota, 17 kwietnia 2010

Narwana Kaja...

Nie wszyscy z Was mnie znają osobiście, więc zdradzę w sekrecie, że miewam szalone pomysły....
Od mamy słyszę, że jestem "narwana". Całkiem możliwe. Ale czasem mam wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś, co innym wydaje się być kompletnie niezrozumiałe i czasem niemądre... ale taka jestem.
To właśnie ja.




Ponieważ (jak zdążyliście zapewne zauważyć) bardzo emocjonalnie odbieram informacje na temat katastrofy pod Smoleńskiem, postanowiłam pojechać do Warszawy, żeby postawić pod Pałacem Prezydenckim świeczkę dla wszystkich 96 ofiar .



Z przyjaciółmi i Markiem pojechaliśmy we wtorek wieczorem do stolicy z nadzieją na pokłonienie głów także przed trumnami prezydenckiej pary.
Niestety nie udało nam się.

Stanęliśmy w kolejce przed północą, ale już po godzinie dotarło do nas, że skoro osoby, które stały tuż przed wejściem do Pałacu ustawiły się w kolejce o 19, to my po prostu nie zdążymy tam wejść. Mieliśmy bardzo ograniczony czas, ponieważ Marek rano musiał być w pracy, a my z Bysiolkiem mieliśmy pojechać do kontroli z nogą (wszystko ok., choć szwów nam nie wyjęli)....




Tak więc zawiedzeni, poszliśmy w kilka miejsc, postawiliśmy znicze i... wróciliśmy do Rzeszówka.








Z całego serca współczuję wszystkim rodzinom osób, które zginęły....





wtorek, 13 kwietnia 2010

Urolog 13.04.2010

Szoku kolejny dzień przeżywam, ale ponieważ czas się nie zatrzymuje ani na minutę (czasem żałuję, że tak się nie dzieje) to i my do normalności wrócić musimy.

A dla nas normalność, to poza szkołą Oli, wizyta u naszej pani dr urolog.

Wyniki badania moczu są prawidłowe na szczęście, bo miałam co do tego pewne obawy, po naszym pobycie w szpitalu...
Pęcherz na USG wygląda prawidłowo, nerki sprawnie działają i nowa, bardzo dobra dla mnie informacja... pęcherz po kuracji lekiem Driptane, powiększył się, co widać było na USG.
Bardzo się cieszę, bo ostatnie badanie urodynamiczne wskazywało małą pojemność pęcherza i dość wysokie ciśnienia tam wytwarzające się...
Dlatego, żeby potwierdzić i zbadać dokładnie te ciśnienia i pęcherz, dostaliśmy skierowanie na kolejną urodynamikę, którą będziemy robić końcem maja.

Kolejna dobra wiadomość dla mnie i mam nadzieję, że docelowo dla Bysiola to fakt, że wreszcie do jego leczenia i rehabilitacji włączymy elektrostymulację pęcherza....
Będą to zabiegi wykonywane za pomocą stymulatora i elektrod naskórnych, które mogą pomóc w obniżeniu ciśnienia w pęcherzu, zwiększeniu czucia i trzymaniu moczu.
Wierzę w to bardzo mocno, dlatego zdecydowałam się na zakup takiego sprzętu, tym bardziej, że dzięki wpłatom od osób o wielkich sercach mamy na subkoncie Krzysia w Fundacji pieniążki, których z całą pewnością wystarczy na ten zakup.
Tak więc końcem maja zaczniemy stymulację pęcherza.

Udana ta dzisiejsza wizyta.... tym bardziej, że o dziwo nie czekaliśmy pod gabinetem nawet 15 minut... ;)


P.S.

Tylko 48 ciał zostało jak na razie zidentyfikowanych... Straszny ten los. :(




sobota, 10 kwietnia 2010

96 ofiar tragedii w Smoleńsku


Para prezydencka, posłowie, senatorowie, politycy, dowódcy wojskowi, funkcjonariusze BOR, księża, przedstawiciele rodzin katyńskich i wielu innych ludzi zginęło dzisiaj pod Smoleńskiem w katastrofie samolotu prezydenckiego TU-154, lecącego do Katynia na uroczystości z okazji 70 rocznicy zbrodni katyńskiej....







Piszę o tym, bo nie mogę uwierzyć w ogrom tragedii. Nie da się tego opisać.
Polska straciła dziś bardzo wielu wartościowych ludzi i nic tego nie zmieni.

Bysiek...

Bysiek jest zdecydowanie za mały na to, żeby zrozumieć co się stało. Nie ogarnia tego, nie miał nigdy styczności ze śmiercią i nie jestem w stanie wytłumaczyć mu jak bardzo pewne rzeczy są nieodwracalne....

Bysiek - "Mamo, ten samolot rozbił się?"
mama - "Tak Bysiu"
Bysiek - "A kiedy go naprawią?"
mama - "Nie naprawią go, bo całkiem się rozbił, na kawałki.... zginęło tam wielu ludzi"
Bysiek - "A kiedy oni wrócą???"
mama - "Oj Bysiu, Ci ludzie już nigdy nie wrócą... umarli i nie wrócą...."

Fasola...

Fasola usiłuje ogarnąć te wiadomości, ale nie wiem, czy nie chce, czy nie potrafi do końca tego zrozumieć.
Pyta. Pyta o wiele rzeczy takich, nad którymi ja się nawet nie zastanawiam, a dla niej są po prostu niezrozumiałe.....

....."co to jest czarna skrzynka?", "ile takich czarnych skrzynek było w tym samolocie?", "skąd wiadomo kto ma teraz rządzić Polską i dlaczego nie córka Prezydenta?" (Ola chyba myślała, że u nas monarchia panuje ;)...), "skąd wiadomo, że ten samolot się rozbił?", "może jednak się pomylili?", "jak ta telewizja raz jest w tym miejscu, a raz w innym?"

Na razie najtrudniej mi uwierzyć, najtrudniej się otrząsnąć, oderwać się od telewizora i internetu....
Siedzę, słucham, patrzę, czytam i..... nadal nie mogę uwierzyć w coś tak tragicznego.

Tylu ważnych Polaków.
10 kwietnia.
w Katyniu.
miejsce przeklęte.....?


P.S.
(przeczytane, usłyszane, przemyślane)

"..... po co Ci tylu Polaków....????"
"ziemia Smoleńska dobrze zna smak polskiej krwi..... dziś znowu została nią nasycona."
"ile jeszcze Polska musi ciosów udźwignąć, żeby udowodnić swoją siłę?"
"dlaczego po raz kolejny wiele polskich dzieci, straciło rodziców w tak tragicznym miejscu?"